„Marsjanin” to SF bliskiego zasięgu, które recenzowałam w 2018 roku. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Andy Weira uznałam wówczas za udane. Dlaczego? Sprawdź, czy to jest książka dla Ciebie!

Dowiedz się więcej o SF bliskiego zasięgu!
Lądowanie na Marsie nie wychodzi
Ziemianie po raz trzeci w historii wylądowali na Marsie. Burza piaskowa przerywa jednak ekspedycję: po kilku dniach muszą wracać na Ziemię. W trakcie ewakuacji tracą jednak kontakt z Markiem Watneyem i, uznając go za zmarłego, zostawiają go na obcej planecie. Astronauta jednak przeżył… i zaczyna walkę o przetrwanie.
Historię o Marku znam od dawna, głównie za sprawą filmu, za którym naprawdę przepadam. Dlatego jasne było, że prędzej czy później zabiorę się za oryginał. Stało się – i nie żałuję, choć muszę przyznać, że gdybym miała wybierać, co sprawiło mi więcej radości, byłaby to jednak adaptacja.
Czemu wolę filmową adaptację?
Nie zrozumcie mnie źle. To jest dobra książka, a Mark to wspaniały główny bohater. Jest inteligentny i bystry, a przy tym tak zabawny i optymistycznie nastawiony do życia, że po prostu nie da się go nie lubić. Jego komentarze wzbudzają uśmiech w trakcie czytania, ale jednocześnie nie odbierają mu realizmu. Gdy trzeba być poważnym, poważnieje, choć jeśli sytuacja robi się zbyt napięta, odreagowuje to, rzucając kolejnym żartem.
Sama idea też jest ciekawa. To science fiction bliskiego zasięgu: niemal wszystko, co znajdziecie w „Marsjaninie”, już wynaleziono. To sprawia, że nawet osoby niezainteresowane gatunkiem nie powinny poczuć się dziwnie czy nieswojo. W końcu wycieczka na Marsa wcale nie jest czymś, co obecnie wydaje się nierealne do zrealizowania, gdy mamy świadomość, jak wygląda dzisiejsza technika, prawda? Dzięki temu, że w powieści obserwujemy głównie poczynania Marka, dobrze go poznajemy i zaczynamy walczyć o przetrwanie razem z nim, nie gorzej niż w przypadku powieści obyczajowej.
„Marsjanin” to trzy perspektywy
„Marsjanin” pozwala nam obserwować sytuację z trzech głównych perspektyw. Pierwsza to oczywiście perspektywa Marka: czytamy jego dziennik, w którym zapisuje, co tylko przyjdzie mu do głowy. Druga perspektywa to perspektywa pracowników NASA, którzy próbują go uratować. Dzięki niej dowiadujemy się, jak mniej więcej może wyglądać działanie tej organizacji od środka. Poza tym mamy jeszcze spojrzenie załogi Marka, która zostawiła go „martwego” na nieprzyjaznej planecie. Dzięki temu dostajemy dość pełny obraz sytuacji, choć należy dodać, że dziennika naszego Marsjanina jest w książce zdecydowanie najwięcej.
Nie brakuje naukowych opisów
Niestety, mój problem z tą pozycją polega na… naukowych opisach. Film ogranicza je do minimum, a książka zaś rozwija je tak, jak tylko się da. Mark wszystko nam wyjaśnia, często upraszczając i sprawiając, że opisy są zrozumiałe. Niestety, jest ich tak dużo i tak mało wnoszą do samej linii fabularnej, że przyłapywałam się na omijaniu ich. Podejrzewam, że osoby zainteresowane fizyką czy biologią śledziłyby je z zapartym tchem, ale dla mnie tego było po prostu nieco za dużo. Przez to książka straciła sporo z radości i lekkości, które dał mi film.
„Marsjanin” to naprawdę dobra książka, którą przyjemnie się czyta: nie jest może typowym akcyjniakiem, ale raczej nie nudzi. Moim zdaniem ma drobne niedociągnięcia związane ze zbyt rozbudowanymi opisami, ale poza tym wypada naprawdę dobrze i po prostu cieszę się, że mogłam się z nią zapoznać.
Dużo rozmyślałem na temat praw na Marsie. No wiem, głupi temat do rozmyślań, ale mam od cholery wolnego czasu. Jest pakt międzynarodowy, głoszący, że żadne państwo nie może sobie rościć praw do tego, co nie jest na Ziemi. Inny pakt głosi, że jeśli nie jesteś na terytorium jakiegoś kraju, obowiązuje prawo morskie. Tak więc Mars to „wody międzynarodowe”. NASA to amerykańska niemilitarna organizacja. Hab jest jej własnością. Zatem gdy jestem w Habie, obowiązuje mnie amerykańskie prawo. Jak tylko z niego wyjdę, trafiam na „wody międzynarodowe”. Gdy wsiądę do łazika, to znowu jestem pod amerykańską jurysdykcją. Teraz fajna część: w końcu dotrę do Schiaparellego i zarekwiruję lądownik Aresa 4. Nikt nie dał mi na to wyraźnego pozwolenia i nie mogą tego zrobić, dopóki nie będę na pokładzie i nie włączę systemu łączności. Po tym, jak wedrę się na pokład Aresa 4, zanim porozmawiam z NASA, bez pozwolenia przejmę kontrolę nad jednostką znajdującą się na „wodach międzynarodowych”. To uczyni mnie piratem! Kosmicznym piratem!
Fragment „Marsjanina” Andy’ego Weira

Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Marcin Ring
Liczba stron: 384
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Akurat, Warszawa 2017