„Grom i szkwał” to kontynuacja książki Jacka Łukawskiego. To dark fantasy podobało mi się chyba bardziej, niż pierwsza część, jednak w dalszym ciągu po lekturze nie byłam nią zachwycona. Sprawdź, dlaczego i czy warto po nią sięgać.

Sprawdź poprzedni tom: „Krew i stal”
Powrót do Martwicy
Zamek, w którym zatrzymał się Arthon, został przejęty przez zdrajców: drużynnik musi znów wyruszyć w Martwicę, aby odbić młodą królową.
Po zetknięciu z „Krwią i stalą” już chyba ponad rok temu uznałam, że raczej nie będę kontynuowała przygody z serią, bo najzwyczajniej w świecie po prostu mnie nudziła. Upłynęło jednak trochę wody w rzece, naczytałam się, że kontynuacja wypada lepiej, a na dodatek niedługo ma ukazać się ostatnia część tej trylogii… dlatego uznałam, że może dam twórczości Łukawskiego jeszcze jedną szansę. Z tym że choć „Grom i szkwał” wypada lepiej od pierwszego tomu, to w dalszym ciągu jest to dla mnie przede wszystkim bardzo nudna przygoda.
Co „Grom i szkwał” robi lepiej?
Zacznijmy jednak od tego, co w tej książce uległo znaczącej poprawie. Przede wszystkim jest to brak bohatera zbiorowego: przez połowę „Krwi i stali” w tej niby przygodowej powieści brakowało jakiegokolwiek wyraźnie dominującego charakteru. Na całe szczęście w przypadku kontynuacji od razu obserwujemy Arthona oraz – choć w dużo mniejszym stopniu – inne postacie, które możecie znać z pierwszej części trylogii. Poza tym stylizacja językowa nie jest aż tak mocna, by chwilami nie dało się zrozumieć, o co chodzi (na co niestety „Krew i stal” także cierpiała), a sama historia wydaje się być jednak czymś trochę więcej niż podróżą w nieznane.

Nie kupuje tego dark fantasy
Niestety ja najzwyczajniej w świecie historii Łukawskiego nie „kupuję”. Choć doceniam starania dotyczące archaizacji języka i widzę, że autor robi to z pasją, to dalej w moim odczuciu jest tego po prostu za dużo. Sam świat kompletnie mnie nie interesuje: niby jest rozwijany, niby jest rozszerzany, ale chyba przez uraz po części pierwszej za żadne skarby nie potrafię ani w niego wsiąknąć, ani przyzwyczaić się do zawartego w nim słownictwa. To samo dotyczy historii — w pierwszym tomie do mnie nie przemówiła, a że to, bądź co bądź, kontynuacja, to właściwie w moim przypadku cierpi na tę samą przypadłość.
„Grom i szkwał” sprawiał, że nie mogłam się zdecydować
Szczerze mówiąc, w trakcie czytania przeżywałam dość mocne wahania: najpierw uznałam, że hej, chyba faktycznie jest lepiej. Później, w trakcie, ogarnęło mnie znużenie, by moje zainteresowanie powróciło na kilka stron, w trakcie których główny bohater rozmawia z pewną panią, zaś pod koniec znów niemal usypiałam. Nie świadczy to raczej dobrze o przygodowym, epickim fantasy, prawda?
Naprawdę źle mi z tym, że tej historii po prostu nie lubię. Chciałabym wierzyć, że to kwestia mojego gustu, ale ja w tego typu powieściach zwykle odnajduję się bez najmniejszego problemu. Liczyłam, że po „Gromie i szkwale” bez wahania sięgnę po kontynuację, tak aby wszystkie trzy tomy mieć na swojej półce, ale choć seria w komplecie wyglądałaby naprawdę ładnie, to chyba jednak dwa spotkania z „Krainą martwej ziemi” wystarczą mi do końca życia.
Oparł się o spękany kawał drewna wieńczący niską dziobnicę, zmieniony przez dłuto szkutnika w łeb wielkiego orła. Jego groźny dziób i wielkie oczy miały budzić lęk, jednak Salabeshowi od początku ptaszysko kojarzyło się z przerośniętą kurą i uważał, że jego własny fiut wygląda groźniej. Gdyby zamiast rzeźby szkutnik umieścił w tym miejscu pomost, mógłby stawać na nim z opuszczonymi portkami i z pewnością osiągałby lepsze efekty.
Fragment „Gromu i szkwału” Jacka Łukawskiego

Tytuł: Grom i szkwał
Tytuł serii: Kraina martwej ziemi
Numer tomu: 2
Autor: Jacek Łukawski
Liczba stron: 400
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2017