„Narzeczona księcia” trafiła do mnie jako egzemplarz recenzencki z portalu Czytam Pierwszy. Nie wiedziałam wtedy, że to mój pierwszy krok do zakochania się w ekranizacji tej powieści i jestem wdzięczna, że w 2018 roku miałam okazję poznać ten pastisz historii fantasy. Sprawdź, jak wówczas o niej pisałam!

Poznaj więcej książek utrzymanych w duchu płaszcza i szpady!
Księżniczka Butterbup zostaje porwana
Buttercup jest najpiękniejszą kobietą w swojej epoce. Gdy jej ukochany, ubogi parobek, ginie na statku złego pirata Robertsa, dziewczyna staje się narzeczoną księcia, którego tak naprawdę nie kocha. Wkrótce po zaręczynach zostaje porwana.
Wydawnictwo Jaguar kojarzy mi się raczej z literaturą młodzieżową, dlatego do tej pory miałam z nim jedynie pojedyncze spotkania. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy ich świeżo wydana „Narzeczona księcia” stała się lekturą miesiąca według „Nowej Fantastyki”… Nie zwlekając za długo, zabrałam się za lekturę i, jak się okazało, faktycznie jest to pozycja, która z młodzieżówką ma niewiele wspólnego.
„Narzeczona księcia” to fantastyczno-przygotowy pastisz
Książka Williama Goldmana to przede wszystkim fantastyczno-przygodowy pastisz, który ma za zadanie przede wszystkim rozbawić czytelnika. Niestety, mnie osobiście ten żart po prostu nie bawi: wprawdzie rozumiem go i wiem, że wielu osobom może przypaść do gustu… jednak najzwyczajniej w świecie nie jest czymś dla mnie.
Dużo gorsze jednak od samej historii było dla mnie wszystko „wokół niej”. Mianowicie, nim dojdziemy do głównej opowieści, musimy przebrnąć przez około osiemdziesiąt stron wstępu Goldmana, a następnie znosić wtrącenia autora pomiędzy głównym tekstem. I dla mnie osobiście to najgorsze elementy tej książki, które – zwłaszcza we wstawkach w głównej historii – przede wszystkim wzbudzały we mnie zażenowanie.
Skrót lektury z dzieciństwa
Autor „Narzeczonej księcia” cały czas udaje, że jego książka to tak naprawdę skrót lektury z dzieciństwa, którą czytał mu ojciec i najwyraźniej uznaje to za przezabawne. Niestety, ja zdecydowanie w tym przypadku jego zdania nie podzielam. Dlatego nie mam zamiaru nad tym aspektem dłużej się rozwodzić i chyba wolę uznać, że tych elementów w „Narzeczonej księcia” po prostu nie było.
Awanturniczo-romantyczna historia w klasycznej odsłonie
Historia zaś to właściwie klasyczna powieść awanturniczo-romantyczna, tyle że w całości utrzymana w komediowej, przerysowanej konwencji. W tej powieści wszystko jest bardzo podniosłe, bardzo mocno bazujące na przypadkach i znanych nam schematach, często po prostu wbijając im szpilki. Trudno tu mówić o konkretnych bohaterach: to raczej pewne figury, schematy, które z popkultury już prawdopodobnie znamy. W tym przypadku nie jest to jednak absolutnie żaden zarzut: to pastisz, to tak po prostu ma wyglądać. A że mnie humor Goldmana nie bawi? Cóż, zdarza się i tak.
Styl autora jest raczej prosty, czasem z podjętą próbą stylizacji, jednak niekoniecznie szczególnie udanej. Przez to powieść czyta się raczej szybko, o ile oczywiście czytelnik „kupi” zaserwowany przez Goldmana żart i świat, bo skłamałabym, mówiąc, że mi się ta pozycja wcale nie dłużyła.

Te wtrącenia w nawiasach!
Jeśli miałabym podać jedną rzecz, która szczególnie mnie w tej pozycji irytowała, to bezustanne wtrącenia w nawiasach dotyczące tego, że „tak, to już w tamtych czasach istniało”. Co najzabawniejsze, autor w swoich wtrąceniach nawet ten fakt zauważa, ale… jest tak „zajarany” swoim pomysłem i najwyraźniej uważa go za tak obłędnie doskonałego, że nie rezygnuje z takich komentarzy aż do końca powieści.
Co ciekawe, „Narzeczona księcia” zawiera w sobie też kontynuację historii, czyli „Dziecko Buttercup”, niemniej… ja osobiście wolałabym całość traktować po prostu jako jedność. Bo w gruncie rzeczy to po prostu kontynuacja historii.
Co z tłumaczeniem imienia Buttercup?
Powoli kończąc, muszę też wtrącić kilka słów co do tłumaczenia imienia głównej bohaterki, a właściwie – jego braku. Widok słowa „Buttercup” (czyli z angielskiego „jaskier”) sprawia, że od razu nasuwa mi się na myśl „maślany kubek” i szczerze mówiąc, mam dziwne przeczucie, że nie jestem w tym przypadku osamotniona. A przecież wystarczyłoby zmienić „Jaskra” (który u nas kojarzy się i bardzo męsko, i raczej jednoznacznie) na jakiegoś polskiego kwiatuszka. Róża, niezapominajka, bławatek, chryzantema… na cokolwiek, byleby oddawało naturę imienia i po prostu ładniej wyglądało w tekście. Bądź co bądź, w przypadku głównego bohatera uważam to za coś całkiem istotnego.
Nim sięgniecie po „Narzeczoną księcia”, albo przeczytajcie kilka stron, albo obejrzyjcie film Goldmana z 1987 roku „Narzeczona dla księcia”, by sprawdzić, czy jego poczucie humoru Wam odpowiada: jeśli tak, myślę, że możecie po tę lekturę sięgnąć. Jeśli nie, myślę, że nie ma sensu czytać pozycji, która na nim bazuje. Niemniej sama nie żałuję przeczytania tej powieści. Mimo wszystko to była jednak ciekawa odmiana.
(To było już po wynalezieniu podatków, jak zresztą wszystko na świecie. Podatki istniały nawet przed gulaszem).
Fragment „Narzeczonej księcia” Williama Goldmana.

Tytuł: Narzeczona księcia
Autor: Wiliam Goldman
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Liczba stron: 464
Gatunek: fantasy przygodowe
Wydanie: Jaguar, Warszawa 2018