„Legalna blondynka” to już klasyka kina dla kobiet. Obejrzałam ten film w 2018 roku, wówczas nie do końca rozumiejąc, jak dużym i ważnym fenomenem był. Sprawdź, co wówczas o nim pisałam oraz jak go odebrałam. Czy warto sięgnąć po ten film po ponad 25 latach od premiery?

Poznaj więcej filmów i seriali, które nie mają elementów fantastycznych!
Elle dostaje się na Harvard dla chłopaka
Elle (Reese Witherspoon) jest ładna, bogata i otoczona ludźmi, którzy ją kochają. Gdy Warner (Matthew Davis), zamiast się jej oświadczyć, zrywa z nią, dziewczyna postanawia udowodnić mu, że jest warta jego uwagi. W tym celu decyduje się dostać na studia prawnicze na Harvardzie.
Gdy przypadkiem trafiłam na piosenkę z musicalu „Legally Blonde”, od razu wpadła mi w ucho. Uznałam, że chcę poznać więcej utworów, ale żeby mieć odpowiedni kontekst, wolałabym najpierw poznać historię, którą opowiadają. I w ten sposób włączyłam w tle „Legalną blondynkę” – film z 2001 roku, którego nigdy wcześniej nie było mi dane obejrzeć.
To przerysowana komedia utrzymana w letnim klimacie
„Legalna blondynka” to komedia: przerysowana do granic możliwości, bardzo kolorowa i utrzymana w niezwykle radosnym, wręcz letnim klimacie. To film bardzo naiwny i niekoniecznie inteligentny, ale przy tym na swój sposób uroczy.
Nie jest to jednak najbardziej zabawna komedia, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy. Większość żartów po prostu zdążyła się już opatrzyć, a przynajmniej ja miałam takie wrażenie. Widzieliśmy je już tyle razy, że trudno dać się nimi zaskoczyć. Bo kogo dziś śmieszy stereotypowa blondynka z pieskiem, który bezustannie jej towarzyszy? To tak ograny motyw, że może wzbudzić co najwyżej sympatię i nostalgię, a nie śmiech.

„Legalna blondynka” i niekonsekwentna bohaterka
Sama postać Elle była dla mnie bardzo przerysowana i jednocześnie trochę niekonsekwentna. Gdy wydawało się, że dziewczyna już zmądrzała i przestała być głupiutką studentką, nagle wracała do starych przyzwyczajeń. Niemniej, jeśli przymknie się na to oko i spróbuje „odjąć” nieco tego przerysowania, dostajemy całkiem ciekawą bohaterkę – dziewczynę, która zbyt mocno przejmuje się tym, co myślą o niej inni. Osobę przekonaną o swojej pewności siebie, choć w rzeczywistości wciąż jej do niej daleko. Droga, którą musi przejść, prowadzi właśnie do zbudowania prawdziwej pewności siebie i zrozumienia własnej wartości.
Nie oszukujmy się: to historia bazująca na stereotypach. Oczywiste jest, że student prawa, czyli były chłopak Elle, musi być nudnym, wrednym i ślicznym chłopcem, a na Harvardzie wszyscy cię nienawidzą, jeśli nie jesteś kujonem z doktoratem. Jednocześnie film świadomie przełamuje swój główny stereotyp. Mimo wszystko Elle wcale nie jest tak głupia, jak wszystkim wokół się wydaje.
Prosta konstrukcja filmu
„Legalna blondynka” to film o bardzo prostej, momentami nieco naciąganej konstrukcji. Wprawdzie kreatywnie wykorzystuje umiejętności Elle i pokazuje, że wiedza z zakresu mody czy pielęgnacji może przydać się w każdej możliwej sytuacji życiowej, ale często wszystko jest tu szyte dość grubymi nićmi. Lekki klimat filmu i jego brak pretensjonalności sprawiają jednak, że… właściwie nie mam mu tego za złe.
„Legalna blondynka” to wcale nie jest romans!
Przy okazji film wcale nie jest romansem, choć można byłoby się tego spodziewać. Owszem, pojawia się tu drugi pretendent do serca Elle, co bez trudu można wyczuć już od chwili, gdy pojawia się na ekranie, ale tak naprawdę film wcale nie skupia się na tym wątku. Dzięki temu relacja dziewczyny z tym bohaterem wypada naprawdę uroczo. Zwłaszcza że Elle nie jest typem postaci, która skacze z kwiatka na kwiatek – jest naprawdę mocno zaangażowana emocjonalnie w związek z Warnerem.
„Legalna blondynka” wydaje mi się doskonałym filmem na letni babski wieczór. Nie zapewni może nadzwyczajnej rozrywki i absolutnie nie jest kinem wybitnym, ale po prostu pozostaje bardzo sympatyczny w swojej formule.

„Legalna blondynka” (2001)
ang. „Legally blonde”
reż. Robert Luketic
komedia