„#Luzaczka” była pierwszą powieścią wydaną jako self-publishing, którą nie tylko kupiłam, ale zrobiłam to w pełni świadomie. Ta wydana w 2017 roku książka została napisana przez osobę, której losy w sieci śledziłam od dawna. Sprawdź, czy warto się z nią zapoznać!

Sprawdź więcej powieści obyczajowych: „Między nami chaos” | „Niemożliwa forteca” | „Exodus”
Łucja ma za dużo na głowie
Życie Łucji nie należy do prostych. Połączenie pracy, studiów, wyjść ze znajomymi oraz jazdy konnej to naprawdę trudne zadanie. Gdy dziewczyna dostaje propozycję, aby pomóc „przy owcach na latających psach” od Mikołaja, w którym niegdyś była zauroczona, natychmiast się zgadza.
Gabrielę Krzyżanowską obserwuję nie od dziś. Chyba byłam jeszcze w gimnazjum, gdy trafiłam na jej fanzin jeździecki – Konną Cafe – i od tego czasu po prostu mniej więcej obserwuję jej działania w sieci. Gdy więc w 2017 roku wydała książkę (własnym nakładem), od razu kusiło mnie, by sprawdzić, co takiego ta konna blogerka stworzyła. Trochę przyszło mi wprawdzie poczekać na sięgnięcie po jakieś z jej dzieł, ale… w końcu się udało. I choć niby nie żałuję spotkania z „#Luzaczką”, to nie mogę ukryć – jest mi jednak trochę przykro.

„#Luzaczka” nie jest dobra literacko
Czemu? Bo to wcale nie jest dobre dzieło pod kątem literackim. Świat jeździecki jest trudny do opisania dla osoby, która nigdy się nim nie interesowała, dlatego w powieściach często pojawiają się liczne błędy rzeczowe. Wydawać by się więc mogło, że książka stworzona przez osobę od lat związaną z końmi, która na dodatek ma cały czas kontakt ze słowem i wielokrotnie udowodniła mi, że potrafi czasem coś dobrze skomentować, po prostu nie może nie wyjść. Niestety, to jednak wydany własnym nakładem debiut… i to po prostu widać.
Czy ta powieść miała redakcję?
Jeśli zajrzymy na pierwszą „informacyjną” stronę książki, znajdziemy informacje o tym, że książka Krzyżanowskiej miała „wsparcie redakcyjne”, a nie po prostu redakcję, jak to jest w przypadku większości książek wydawanych standardowym, klasycznym torem. Niestety, w przypadku debiutu, gdy autor dopiero uczy się tworzyć, to po prostu nie ma prawa zdać egzaminu. Gaba, Ty potrzebujesz specjalisty, który „przerżnie” Ci tekst od początku do końca i NAUCZY Cię, jak pisać! Wsparcie to niestety za mało.
„#Luzaczka” jest więc książką bardzo nieliteracką. Naprawdę! To powieść, która wygląda jak „opko z Wattpada” czy po prostu tekst umieszczany gdzieś za darmo w sieci, a nie rzecz, za którą ktokolwiek miałby płacić. Czyta się ją wprawdzie lekko, ale autorka wyraźnie nie ma wyczucia dotyczącego tego, kiedy wizja autorska może dopuścić w książce „żartobliwy” brak czasownika w zdaniu albo wykorzystanie internetowych skrótów (takich jak choćby „BTW”). Czasem pojawiają się też dziwne, nienaturalne konstrukcje zdań czy drobne problemy z interpunkcją.

Jak wypada humor w powieści?
Sam humor w „#Luzaczce” odbieram jako często suchy i dość mocno wymuszony. Krzyżanowska czasem po prostu wrzuca wszystkiego za dużo i żart zamiast być taką idealnie wbitą szpileczką, w końcu przestaje bawić, bo w takich chwilach łatwo się na niego znieczulić.
Chłopcy i imprezy zamiast koni
Co zaś z fabułą? Ech… szczerze przyznam – trudno powiedzieć. „#Luzaczka” miała być humorystyczną powieścią JEŹDZIECKĄ i choć konie cały czas się tu pojawiają, to jednak w głowie głównej bohaterki pojawiają się przede wszystkim chłopcy i imprezy. Oczywiście wszystko cały czas kręci się wokół stadniny i opieki nad końmi, ale jako osoba, która nieszczególnie przepada za romansami, wolałabym jednak, aby historia skupiła się konkretnie na koniach, a nie miłostkach głównej bohaterki.
Ponadto powieść jest po prostu dość chaotyczna: bohaterka co chwilę pisze na komunikatorze ze swoimi koleżankami (co jest zawarte w książce w formie „chatu”), co chwilę przedstawia nam kolejne dygresje, czasem tylko po to, by powiedzieć coś żartobliwego. A sam główny trzon fabuły trochę się w tym wszystkim jednak gubi. Tego jest po prostu za dużo: na nieco ponad dwustu stronach autorka opisuje i wizyty w stajni, i szukanie przez Łucję nowego mieszkania, i wypady na miasto bohaterki z koleżankami… a wiele z tych scenek nie ma żadnego konkretnego wpływu na linię fabularną.
Niby nie czyta się tego źle…
Jak już wspominałam, „#Luzaczki” nie czyta się źle. Choć to kompletnie nieliteracka powieść, to jednak da się ją pochłonąć bardzo szybko. Poza tym widzę też sens w istnieniu tego typu pozycji: nie znam absolutnie żadnej innej książki jeździeckiej napisanej przez zwyczajnego jeźdźca dla innych zwyczajnych jeźdźców. To jednak jest nieco za mało, abym mogła uznać debiut Krzyżanowskiej za książkę dobrą. Niemniej, jeśli komuś bardzo przypadnie do gustu sam żart autorki, to wydaje mi się, że „#Luzaczka” może się swobodnie stać jego „guilty pleasure”.
– Masz jakiś uwiąz? Kantar?… – spytałam, bo nigdzie żadnego nie zauważyłam, a Tomek już zdążył otworzyć boks Ramki, która napierała na jego drzwi.
– Bez uwiązu. Za grzywę ją złap.
No dobra, pomyślałam. Połowa koni jest taka, że wystarczy za grzywę trzymać, by kopytny szedł tam, gdzie trzeba.
Ramka dzisiaj nie miała na to jednak ochoty i przez następne dziesięć minut wspólnie z Tomkiem uganialiśmy się za nią i za drugim koniem, Fenkiem, który nie wytrzymał widoku swobodnie biegającej koleżanki.
Fragment „#Luzaczki” Gaby Krzyżanowskiej

Tytuł: #Luzaczka
Autor: Gaba Krzyżanowska
Liczba stron: 216
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Pszczo w głowie, 2017