„Otchłań bez snów” czytałam w 2019 roku, w ramach współpracy z wydawnictwem Zysk i s-ka. Sprawdź, jak wówczas odebrałam tę powieść SF. Czy to może być dobra lektura dla Ciebie? Czy warto się za nią zabrać?

Poznaj więcej recenzji powieści SF: „Modyfikowany węgiel” | „Ślepowidzenie” | „Przebudzenie Lewiatana”
Pustka na krańcu galaktuki
Grupa osób na statku kosmicznym przedostała się do Pustki, tajemniczego miejsca na krańcu galaktyki. Nie mogąc z niej wrócić, osiedliła się na zdatnej do zamieszkania planecie. Kilka tysięcy lat później Pustkę odwiedza Nigel Sheldon, jeden z założycieli Wspólnoty, aby sprawdzić, co dzieje się w tej okrytej tajemnicą przestrzeni.
Dopiero gdy zaczęłam czytać „Otchłań bez snów”, zorientowałam się, że to nie moja pierwsza powieść Petera F. Hamiltona. Już wcześniej dane mi było się z nim spotkać przy „Judaszu wyzwolonym”, z którego niewiele zrozumiałam, sięgając po środkową część serii. W każdym razie kolejne spotkanie z autorem okazało się lepsze, choć nie zawsze miłe. „Otchłań bez snów” to książka, która potrafiła jednocześnie mnie nudzić i ciekawić, i już chyba dawno nie byłam tak rozbita po przeczytaniu jakiejkolwiek powieści.
Jakie zalety ma „Otchłań bez snów”?
Zacznijmy może od pozytywów. Przede wszystkim „Otchłań bez snów” nie jest książką wyjątkowo trudną. Co prawda styl Hamiltona jest dosyć surowy, jednak nie nazwałabym go wyjątkowo męczącym. Znam wiele powieści z tego gatunku, które potrafią być pod tym względem mniej klarowne.
Poza tym sam motyw Pustki oraz problemu, który nęka planetę zamieszkaną przez ludzi, jest po prostu ciekawy, a wątek Nigela z drugiej połowy książki jest naprawdę dobry. Szczególnie jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat relacji z pojawiającą się w nim bohaterką. To były fragmenty książki, które czytało mi się naprawdę dobrze i którymi byłam szczerze zainteresowana.

Tylko ten wątek polityczny…
Problem polega na tym, że mniej więcej od jednej trzeciej książki aż do jej połowy dostajemy bardzo rozbudowany wątek polityczny, który dla mnie okazał się po prostu niezwykle nużący. Hamilton nie zbudował świata przedstawionego na tyle dobrze, aby ten był w stanie mnie zainteresować. Miałam wrażenie, że większość rzeczy mi umyka, że nie pamiętam, o czym czytałam dnia poprzedniego, że muszę zmuszać się do czytania. Ostatecznie ten fragment dosłownie męczyłam przez dwa tygodnie, nie potrafiąc przez niego przebrnąć. To była naprawdę duża tortura, która niemal zniszczyła mi lekturę „Otchłani bez snów”, szczególnie że początkowo książka przypomina trochę postapo z wątkiem polowania na zombie i po pierwszej części naprawdę liczyłam właśnie na to.
Nierówna powieść
Właściwie trudno mi tu cokolwiek dodać. „Otchłań bez snów” jest dla mnie powieścią mocno nierówną, z fragmentami, które naprawdę do mnie przemawiały, i z takimi, do których naprawdę nie chcę już nigdy wracać. Zobaczymy, co przyniesie kontynuacja – ta seria to dylogia, której drugi tom ma około dziewięciuset stron. Jeśli i tam pojawi się równie fascynujący wątek polityczny, to chyba utknę w lekturze na dobre.
Wątpię w każdą ideologię, która nie ujawnia swoich celów i oferuje tylko obietnice lepszego jutra. No ale ja jestem tylko starym, tysiącletnim cynikiem.
Fragment „Otchłani bez snów” Petera F. Hamiltona

Tytuł: Otchłań bez snów
Tytuł serii: Wspólnota: Kroniki Upadłych
Numer tomu: 1
Autor: Peter F. Hamilton
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Liczba stron: 760
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2017