„Przebudzenie Lewiatana” to książka napisana przez duet autorów, po którą sięgnęłam z powodu serialu. „The Expanse” zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Sprawdź, jak pisałam o tej space operze w 2019 roku oraz dowiedz się, czy to odpowiednia lektura dla Ciebie!

Dowiedz się więcej o space operze!
Jim Holden rusza na pomoc
Ludzkość zasiedliła Układ Słoneczny. Statek Jima Holdena w trakcie jednego ze swoich kursów odbiera wołanie o pomoc. Mężczyzna razem z trójką innych członków załogi wyrusza, aby sprawdzić, co stało się ze statkiem „Scopuli”. Wkrótce później ich statek-matka zostaje unicestwiony. W tym samym czasie detektyw Miller, pracujący w Pasie Asteroid, dostaje zlecenie: ma odszukać i porwać Julie Mao, młodą i bogatą, lecz zbuntowaną dziewczynę, która według swojej rodziny może być w dużym niebezpieczeństwie.
Gdy poznałam serial „The Expanse”, początkowo nie byłam zachwycona, ale z czasem historia zaczęła nabierać rozpędu, a ja naprawdę zżyłam się z jej bohaterami. Dlatego właściwie, gdy tylko dowiedziałam się, że Wydawnictwo MAG wznawia „Przebudzenie Lewiatana”, czyli pierwszy tom cyklu, na bazie którego powstała ekranizacja, od razu miałam na niego wielką ochotę. Zwłaszcza że nowe wydania mają naprawdę przepiękne okładki. Spotkanie z twórczością dwóch panów ukrywających się pod pseudonimem James S. A. Corey uważam za udane, chociaż muszę dodać, że w przypadku tej konkretnej historii absolutnie nie potrafię być obiektywna i absolutnie nie potrafię oceniać tej powieści w zupełnym oderwaniu od serialu.
Serial jest wierny oryginałowi
Dlaczego? Sprawa jest prosta – dwa pierwsze sezony „The Expanse” bardzo wiernie oddają treść „Przebudzenia Lewiatana”. Zmiany w samej historii są naprawdę niewielkie (a przynajmniej ja większych nie zauważyłam, będąc już jakiś czas po obejrzeniu serialu), dzięki czemu po prostu nie mogę mieć do samej fabuły innego podejścia w przypadku oryginału czy serialu. Tak jak lubię adaptację, tak lubię oryginał – i już. „Przebudzenie Lewiatana” to utrzymana w dość poważnym tonie space opera, do której treści jestem naprawdę przywiązana.
„Przebudzenie Lewiatana” dobrze się czyta
Omawianie książki to jednak nie sama historia, ale też język, jakim posługują się autorzy. Muszę przyznać, że z tym po prostu nie miałam żadnych większych zgrzytów. Być może wynika to właśnie ze znajomości historii samej w sobie, ale w moim odczuciu duet pisarski Daniela Abrahama i Ty’ego Francka pisze poprawnie i przejrzyście.
Ich styl jest po prostu „w sam raz” – nie jest lekki w sposób infantylny, panowie nie boją się opisów, nie próbują być zabawni na siłę, ale jednocześnie dobrze wyważają akcję, kończą rozdziały w kulminacyjnych momentach i po prostu nie pozwalają na nudę. W „Przebudzeniu Lewiatana” bezustannie coś się dzieje, coś wybucha, ktoś kogoś goni. Tempo tej historii naprawdę mi odpowiadało, choć – przypominam ponownie – może to częściowo wynikać ze znajomości wersji serialowej.
Warto dodać, że narracja „Przebudzenia Lewiatana” poprowadzona jest dwutorowo: autorzy oddają głos tylko Millerowi i Holdenowi, z wyjątkiem prologu i epilogu historii. Ich rozdziały bezustannie przeplatają się, dynamizując historię.

Jak wypadają bohaterzy tej space opery?
A co z samymi bohaterami książki? Muszę przyznać, że w trakcie czytania miałam przed oczami bezustannie twarze serialowych aktorów, choć oczywiście ich charaktery w drobny sposób się różnią. Miałam wrażenie, że serialowy Holden jest mniej konkretny i częściej wygląda, jakby zaraz miał się rozpłakać (przez co wolę „oryginalnego”), a książkowy Miller to postać bardziej zniszczona przez życie. Relacja Amosa i Naomi w „Przebudzeniu Lewiatana” wydała mi się skromniej zarysowana, a Aleks… Aleks jest po prostu świetnym pilotem i elementem, który czasem potrafi rozładować napięcie. W jego przypadku chyba zauważyłam najmniej zmian.
Przygoda i relacje
Mam wrażenie, że ta space opera jest przy okazji tytułem, który nie wymusza czytania o olbrzymiej ilości technologii, raczej skupiając się na „przygodzie” i relacjach bohaterów. Dzięki temu „Przebudzenie Lewiatana” może okazać się książką dobrą także dla osób, które właśnie tego technicznego podejścia obawiają się w science fiction. Jakby nie patrzeć, już sam gatunek tej serii wymusza jej mocno rozrywkowy charakter, choć ton książki należy raczej do poważnych.
Dla mnie „Przebudzenie Lewiatana” było powtórką z rozrywki i cudownym powrotem do bohaterów, których naprawdę lubię. Cieszę się, że oryginał nie okazał się dla mnie smutnym zderzeniem z rzeczywistością, i na pewno nie raz polecę ten tytuł osobom szukającym podobnej rozrywki.
Miller zamknął oczy. Jego skafander przypominał, że zostało mu tylko dwadzieścia minut tlenu.
– Nie możesz zabrać Finwala! Nie ma jej i nie ma, i nie ma!
– O szlag – rzucił Miller. – O Jezu.
Puścił wózek, zawracając w stronę rampy, światła i szerokich korytarzy stacji. Wszystko się trzęsło, sama stacja drżała jak ktoś na skraju hipotermii. Tylko, oczywiście, wcale tego nie robiła. Całe drżenie pochodziło od niego. To wszystko było w głosie Erosa. Było tam przez cały czas. Powinien był wiedzieć.
Może wiedział.
Fragment „Przebudzenia Lewiatana” Jamesa S. A. Coreya

Tytuł: Przebudzenie Lewiatana
Tytuł serii: Expanse
Numer tomu: 1
Autor: James S. A. Corey
Tłumaczenie: Marek Pawlec
Liczba stron: 544
Gatunek: space opera
Wydanie: Mag, Warszawa 2018
2 thoughts on “Przebudzenie Lewiatana: Poznaję oryginał serialu „The Expanse” [recenzja] [archiwum]”