„Złodziejka książek” to jedna z bardziej lubianych książek, która łączy tematykę literatury z Holocaustem. Osobiście nigdy nie przepadałam za tym drugim tematem w beletrystyce; uważam go za zbyt trudny, by większość autorów była w stanie dźwignąć go w wymyślonej, fabularnej historii. Nie inaczej uważałam w 2018 roku, kiedy czytałam tę powieść. Jak wówczas ją oceniłam?
Sprawdź również ciekawe reportaże!
Liesel wiedzie podwójne życie
Wszystko zaczęło się od podróży pociągiem, w trakcie której zmarł jej braciszek. I od kradzieży książki na jego pogrzebie. Wkrótce potem Liesel Meminger trafia do nowych rodziców. Jej życie jest podwójnie trudne: musi nie tylko zaadaptować się w nowym miejscu, ale także przeżyć wojnę, która wkrótce wybucha. Jakby tego było mało, na progu domu jej rodziców wkrótce pojawia się proszący o ratunek Żyd.
O „Złodziejce książek” jest głośno od dawna. Wydawać by się mogło, że to książka, którą przeczytać musi każdy książkoholik – nie dość, że porusza istotny temat, jest znana, to jeszcze ma słowo „książka” w tytule. Ja sama jednak zwlekałam z tym, wiedząc o książce tylko tyle, że opowiada o II wojnie światowej. Do czasu oczywiście, aż postanowiłam się z nią zaznajomić.
Rzumiem, czemu „Złodziejka książek” jest tak lubiana, ale…
Niestety, mimo masy zachwytów, ja „Złodziejki książek” uwielbiać nie potrafię. Rozumiem, czemu jest tak głośną pozycją, ale jednocześnie to powieść, która potrafiła mnie szczerze zirytować. Nie dlatego, że jest książką jednoznacznie złą… tylko dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie do końca wpasowała się w moje gusta.
Narracja, którą obrał autor, jest pierwszoosobowa, aczkolwiek prowadzona trochę tak, jak w „Kamizelce” Prusa: bohater nie ujawnia się tak do końca i tak naprawdę nie o niego tutaj chodzi. Więcej zdradzać jednak nie chcę. Jednocześnie styl Zusaka jest raczej prosty i trochę naiwny, a tekst podzielony jest na ogrom rozdziałów, w których innym fontem wymieniane są różne rzeczy, teoretycznie istotne fabularnie. I to jest właśnie ta główna rzecz, która mnie w „Złodziejce książek” irytowała: tekst jest strasznie pourywany, co po prostu wyrywało mnie z czytania i sprawiało, że miałam tej książki dość już po jakichś osiemdziesięciu stronach. Niemniej to właśnie kwestia moich preferencji: wiem, że wielu osobom tak krótkie rozdziały pomagają, zwłaszcza jeśli nie mają wiele czasu na czytanie.
Fabuła tej powieści nie zaskakuje
Sama historia zaś… nie jest niczym niezwykłym. Żyjemy w Polsce, w kraju mocno dotkniętym przez II wojnę światową oraz Holokaust. Dlatego opowieść o rodzinie, która pomaga Żydowi, przynajmniej dla mnie jest „codziennością”, o której słyszałam nieraz. Na dodatek wiele z tych historii – czy to przeczytanych, czy to gdzieś zasłyszanych – było o wiele bardziej wiarygodnych, a przy tym często lepiej zbudowanych pod względem dramaturgii. W trakcie lektury cały czas kołatało mi się w głowie, że hej, co mi po wymyślonej historii gdzieś tam w Niemczech, gdy tu, w Polsce, mieliśmy setki prawdziwych takich historii? Czemu mam czytać coś, co nie miało miejsca, zamiast znaleźć jakiś pamiętnik, reportaż czy coś bardzo mocno opartego na faktach?
Zusak próbuje na siłę grać na emocjach czytelnika
Zwłaszcza że autor niemal na siłę próbuje grać na naszych emocjach. Bo nie tylko dostajemy tu historię o Żydzie, Maxie, ale także mamy przecież naszą złodziejkę książek, którą jako czytelnicy wręcz musimy kochać. Poza tym dostajemy rodzinę i przyjaciół Liesel oraz ich historie, które też są zbudowane tak, by nas poruszyć. Przy tym czasem odwiedzamy inne miejsca, zamiast skupić się na tym, co jest tu i teraz, a sama fabuła jako taka na siłę próbuje przypominać jakąś biografię, a nie powieść z krwi i kości.
To, co jednak jest chyba największym atutem „Złodziejki książek”, jest… relacja głównej bohaterki z Maxem: jest bardzo ciepła i ma w sobie coś kojącego. I naprawdę chciałabym móc obserwować ją z zapartym tchem i zalewać się łzami w odpowiednich momentach. Niestety, irytująca mnie narracja skutecznie mi to uniemożliwiła.
Są lepsze historie w tej tematyce
Nie uważam, by „Złodziejka książek” była wyjątkową historią. W naszej kulturze zakorzeniło się znacznie więcej lepszych, a na dodatek prawdziwych opowieści z tamtych czasów. Wystarczy zerknąć na książkę „Ludzie i zwierzęta” Antoniny Żabińskiej czy na film „Pianista”. Jednak… jednocześnie to książka napisana tak prostym stylem, że do wielu osób po prostu przemówi, w przeciwieństwie do nieco trudniejszych dzieł. Dlatego jestem w kropce: choć „Złodziejka książek” zdecydowanie nie zalicza się do moich ulubionych, to jednak… nie mogę jej też z czystym sumieniem odradzić.
Gdyby zobaczył, jak złodziejka książek na czworakach lamentuje nad jego poszarpanym ciałem, na pewno by do niej zawołał i się uśmiechnął. Cieszyłby się, widząc, jak całuje jego zapiaszczone, zbombardowane usta.
Tak, wiem to.
W głębi mego czarno bijącego serca wiem. Byłby szczęśliwy, na pewno.
Widzicie?
Nawet śmierć ma serce.
Fragment „Złodziejki książek” Markusa Zusaka

Tytuł: Złodziejka książek
Autor: Markus Zasuk
Tłumaczenie: Hanna Baltyn-Karpińska
Liczba stron: 496
Gatunek: powieść historyczna
Wydanie: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014
1 thought on “Złodziejka książek: Wymyślony Holocaust [recenzja] [archiwum]”