„Confess” to książka Colleen Hoover z którą zapoznałam się w 2018 roku, aby zorientować się, co tworzy ta popularna autorka. Wybrałam tę książkę z kilku powodów, które wyjaśniłam w poniższym tekście. Co wówczas uważałam o tym romansie i czy może to być powieść dla Ciebie?
Poznaj recenzje innych romansów!
Zaintrygował mnie motyw sztuki
Gdy kilka lat temu zmarł jej ukochany, młoda Auburn myślała, że już nikogo nie pokocha. Pewnego dnia przypadkiem dostrzega ogłoszenie o pracę w niewielkiej galerii sztuki. Tak poznaje Owena, młodego, niezwykle utalentowanego malarza, który prędko kradnie jej serce.
Colleen Hoover to obecnie tak znana i modna autorka, że po prostu poczułam potrzebę poznania jej samej; nie przez wzgląd na historie, które pisze, ale właśnie przez jej rozgłos. Postawiłam więc na „Confess” – książkę, która nie jest częścią żadnej serii, a której opis zainteresował mnie ze względu na motyw związany ze sztuką.
„Confess” ma w sobie coś uroczego
Nauczona doświadczeniem, nie spodziewałam się po książce absolutnie żadnych pozytywów: spotkania z romansem zwykle nie są dla mnie zbyt udane. Po przeczytaniu muszę jednak przyznać, że ta pozycja ma w sobie coś uroczego, chociaż zdecydowanie nigdy nie wyląduje na liście moich ulubionych lektur.
Zacznijmy może od stylu autorki, który jest dokładnie taki, jaki powinien być w tego typu romansie. Lekki i raczej niewymagający, ale jednocześnie na tyle emocjonalny i plastyczny, by bez problemu dało się wgryźć w przedstawianą przez nią historię. „Confess” czyta się niezwykle płynnie i szybko: gdybym czytała tylko takie rzeczy, trzydzieści książek na miesiąc naprawdę nie stanowiłoby dla mnie problemu. Narrację obserwujemy z dwóch perspektyw – Owena i Auburn – co też jest przyjemnym zabiegiem.
To jednak chyba jedyna rzecz, do której w gruncie rzeczy nie mogę się przyczepić. Bo wszystkie inne elementy mają w sobie jakieś „ale”.
Tu dzieje się dużo… a może aż za dużo
Zacznijmy może od historii, a właściwie od intrygi, bo tak chyba mogę nazwać to, w co wpuszcza nas Hoover. Sieć powiązań między bohaterami, liczba zwrotów akcji i nagle odkrywanych tajemnic jest tak duża, że nie pozwala na nudę, jednocześnie co chwilę zmuszając do zastanowienia się, czy przypadkiem autorka nie zrobiła kroku za daleko. Czy to przypadkiem nie jest za dużo jak na jedno życie?
Coś nie gra też z bohaterami
A bohaterowie? Niby wszystko z nimi w porządku. Nie miałam problemów z wczuciem się w ich sytuacje, rozumiałam ich postępowanie, ale, tak jak wcześniej, czasem nie potrafiłam oprzeć się myśli, że tu jest czegoś za dużo, że autorka z czymś przegięła, czegoś nie przemyślała. Weźmy na przykład Owena: już w pierwszych scenach poznajemy go jako otwartego, miłego człowieka, który prowadzi własny „biznes”. Wkrótce potem dowiadujemy się, że ma tylko jednego kumpla i nikogo więcej, mimo że mieszka w danym miejscu od lat. Naprawdę? Jakoś… nie chce mi się wierzyć, by nie miał kompletnie żadnych znajomości. Zwłaszcza przy tak ciepłej aparycji.
Cóż, autorka wyraźnie robi wszystko, by pozbyć się nadmiaru bohaterów drugoplanowych, a ci, którzy w książce występują, są przedstawieni bardzo topornie. Mamy współlokatorkę Auburn, którą możemy określić jako „dziwną”. „Teściowa” dziewczyny jest zaś „wredna”, a jej „szwagier” – „despotyczny”. I tyle. Hoover nawet nie próbuje ich rozwinąć, pokazując ich drugą stronę.
Auburn też niby jest ciepłą i miłą postacią, choć… w sumie nigdy nie dowiadujemy się, czemu tak desperacko potrzebowała pieniędzy, by szukać pracy w pierwszym lepszym lokalu. Na dodatek potrafi być niezdecydowana w tym, co robi, często brakuje jej też pewności siebie… a jej relacja z Owenem jest tak bajkowa, że po prostu nie jestem w stanie w nią w pełni uwierzyć. W gruncie rzeczy w trakcie akcji książki są dopiero na początku swojego związku, nic o sobie nie wiedząc, a Hoover od razu kreuje ich relację tak, jakby trwała latami.
Mimo wszystko, „Confess” jest OK
Niemniej sam pomysł na intrygę nie jest aż tak zły, bo spokojnie byłam w stanie po prostu wyłączyć nadmiar logicznego myślenia i jakoś z tą historią popłynąć. Poza tym Owen, jako postać, miał też nienajgorszy pomysł na biznes, choć trudno mi stwierdzić, na ile realistyczny. W każdym razie dzięki niemu właśnie słowo „wyznanie” pada w książce wiele, wiele razy, sprawiając, że tytuł w całości zgrabnie się wpasowuje. Żałuję tylko, że pozostał w angielskiej wersji… Jednak „Wyznanie” brzmi po prostu bardziej swojsko.
Muszę przyznać, że „Confess” do pewnego stopnia mnie wciągnęło i było naprawdę barwną lekturą. Nie jest to jednak książka bez wad: to romans i wydaje mi się, że takowy bez nich po prostu nie istnieje. Niemniej jestem zadowolona, że zdecydowałam się na tę książkę tej autorki i nawet jeśli nie sięgnę po kolejne jej dzieła, na pewno będę ją wspominać z pewną, delikatną nostalgią.
Całe życie, każdego dnia, mam wrażenie, jakbym brnął w górę ruchomych schodów, które jadą w dół. I niezależnie od tego, jak szybko czy z jaką mocą biegnę, usiłując dotrzeć do szczytu, stoję w tym samym miejscu, pędząc donikąd. Ale kiedy jestem z nią, nie czuję się jak na ruchomych schodach. Czuję się, jakbym stał na ruchomym chodniku, który niesie mnie tak po prostu, bez mojego wysiłku. Jakbym wreszcie mógł się odprężyć, złapać oddech i nie czuć ciągłego przymusu pędzenia, by uniknąć wylądowania na samym dnie.
Fragment „Confess” Colleen Hoover

Tytuł: Confess
Autor: Colleen Hoover
Tłumaczenie: Matylda Biernacka
Liczba stron: 304
Gatunek: romans, new adult
Wydanie: Otwarte, Kraków 2017
3 thoughts on “Confess: O zakochanej w malarzu [recenzja] [archiwum]”