„Król rozrywki” to musical z High Jackmanem w roli głównej. Opowiada historię syna krawca, który rozpoczął cyrkową rewolucję. Jak podobał mi się, kiedy obejrzałam go w 2018 roku? Sprawdź, czy to historia dla Ciebie!

Dowiedz się więcej o musicalach!
P. T. Barnum i cyrkowa trupa
P. T. Barnum (Hugh Jackman) jest synem krawca. Żeni się z Charity (Michelle Williams), arystokratką, z którą przyjaźni się od dzieciństwa. Jako dorosły mężczyzna postanawia spełnić swoje marzenia z dzieciństwa i zaczyna tworzyć cyrkową trupę.
Musicale to coś absolutnie mojego: uwielbiam, gdy muzyka, której słucham, niesie ze sobą historię, gdy każde słowo coś opowiada, a to jest właśnie jedna z cech utworów z tego typu rozrywki. Dlatego z wielką radością zabrałam się za „Króla rozrywki” i ta radość ani na chwilę nie opuściła mnie w trakcie seansu.
Jak wskazuje tytuł – to jest właśnie film o rozrywce. O dobrej zabawie, o łamaniu ograniczeń w związku z nią. I choć oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, jest co najwyżej nimi inspirowany. Twórcy nie próbują w tym przypadku tworzyć głębokiej, niezwykłej historii – to prosty film o radosnym tonie, z jednym celem: ma bawić.

„Król rozrywki” to popowy musical
Muzyka w „Królu rozrywki” jest typowo popowa, co z jednej strony nie do końca pasuje do XIX wieku, w którym rozgrywa się akcja tego filmu, ale z drugiej strony dobrze łączy się z niezwykle barwnymi charakteryzacjami. Powiedziałabym wręcz, że to film, który wygląda kiczowato, ale to kontrolowany i zamierzony kicz, naprawdę potrafiący cieszyć.
Niestety, ponieważ na co dzień popu raczej unikam, nie mogę powiedzieć, że absolutnie uwielbiam utwory z tego konkretnego musicalu. Choć choreografie do nich są wspaniałe i choć aktorzy wokalnie naprawdę dają radę, to niestety po prostu nie potrafię słuchać piosenek z „Króla rozrywki” w oderwaniu od filmu. W trakcie seansu sprawiły mi naprawdę olbrzymią radość, ale osobno stały się zdecydowanie bardziej… płaskie i pozbawione wyrazu. Niemniej doskonale wiem, że to mój osobisty problem: bardzo często utwór popowy podoba mi się, gdy słucham go wraz z oglądaniem teledysku, ale w oderwaniu od niego po prostu nie czuję tej „mocy”, zmuszającej do puszczania utworu w kółko i w kółko.
Aktorzy dają radę!
„Król rozrywki” wypada dobrze nie tylko pod względem choreografii czy kostiumów. Aktorzy w swoich rolach sprawdzają się naprawdę dobrze: wyglądają naturalnie, ich mimice nie mogę niczego zarzucić. Miałam wrażenie, że absolutnie wszyscy po prostu świetnie bawili się na planie, wkładając sporo serca w to, co robią. Cieszę się też, że w końcu mogłam zobaczyć Zaca Efrona w musicalowej roli. Nie dość, że grana przez niego postać wypada naprawdę sympatycznie, to na dodatek wychodzi mu to naprawdę dobrze. Poprzednio widziałam go w komedii „Sąsiedzi” i z ręką na sercu mogę stwierdzić, że prężenie klaty i rzucanie kiepskimi żartami naprawdę nie jest szczytem jego możliwości.
Jeśli szukacie radosnego seansu pełnego muzyki, który po prostu Was rozweseli, natychmiast włączcie „Króla rozrywki” – naprawdę nie ma na co czekać! Nie spodziewajcie się jednak poważnego kina, które porusza i pogłębia istotne tematy społeczne albo analizuje życiorys P. T. Barnuma.

„Król rozrywki” (2017)
ang. „The Greatest Showman”
reż. Michael Gracey
musical