„Zły brzeg” trafił do mnie po tym, jak zapoznałam się z dylogią post-apo Piotra Patykiewicza i chciałam sprawdzić, co ten polski autor fantastyki może mieć mi do zaoferowania. Sprawdź, co sądziłam o tej powieści fantasy ze słowiańskimi motywami, kiedy opublikowałam jej recenzję w 2019 roku!

Dowiedz się więcej o Piotrze Patykieiwczu i jego twórczości!
Słowiańskie moce ciemności
Na Północy czai się zło: wie o tym każde dziecko mieszkające na wybrzeżu. Żarek ma piętnaście lat, gdy niecne siły zakradają się do jego wioski. Razem ze swoimi bliskimi musi poradzić sobie w starciu z mocami ciemności pod postacią wilkołaków, strzyg, świdrzaków i innych nieprzyjaznych stworzeń.
Czasem zdarza mi się dawać autorom kolejne szanse wręcz „na siłę”, bo po prostu chcę sprawdzić, czy są w stanie napisać jakiś dobry tekst. Po części było tak z Piotrem Patykiewiczem: dwa tomy jego cyklu „Dopóki nie zgasną gwiazdy” nie były czymś, co wspominałabym nadzwyczaj dobrze. Nie chcąc tego pana skreślać, sięgnęłam po jego debiut – „Zły brzeg” i szczerze mówiąc, chyba dawno nie zawiodłam się na książce tak bardzo.
Dlaczego? Powód jest prosty: pierwsze sto pięćdziesiąt stron właściwie w całości mnie „kupiło”. Dopiero potem zrobiło się znacznie gorzej.
„Zły brzeg” to słowiańskie fantasy sprzed lat
„Zły brzeg” to mocno słowiańskie fantasy z 2006 roku: właśnie nasza rodzima mitologia jest bazą dla tej powieści. I tak też na początku książki autor wrzuca nas do niewielkiej wsi na wybrzeżu. Nie wiemy, gdzie dokładnie leży: to mała osada w jakimś księstwie i na tym kończy się nasza wiedza. Nie dostajemy nawet jej nazwy. Historia, która zaczyna się w niej rozgrywać, jest mocno baśniowa i jednocześnie bardzo swojska. Wprawdzie główny bohater, Żarek, jest nastolatkiem, jednak widzimy, że to nie on tu rządzi: wszystko, co robi, wykonuje właściwie na czyjeś polecenie.
W stylu autora początkowo mamy bardzo dużo treści: niby nic takiego w tej wsi się nie dzieje, ale jednocześnie, jeśli zaczniemy rozpisywać wszystkie zdarzenia, okaże się, że opisów ataków potworów i radzenia sobie z nimi naprawdę jest niemało.
Potem jest gorzej…
Niestety, potem cała powieść zaczyna się „sypać”. Żarek wyrusza w podróż, w trakcie której przeżywa przygody, bezustannie jęcząc i marudząc. Fabuła traci na kameralności, a historia zaczyna powielać znane nam schematy z młodym wybrańcem, prowadząc do absolutnie głupiego zakończenia (choć przyznaję: scenka zamykająca była niezwykle klimatyczna). I choć w dalszym ciągu same opisy potworów, jakie napotyka Żarek, są całkiem ciekawe, to jednak autorowi najzwyczajniej w świecie na złe wyszła zmiana tonacji i miejsca akcji.
Co to za świat przedstawiony?
Ponadto uderzyła mnie dość mocno jedna, teoretycznie drobna, lecz dla mnie istotna sprawa. „Zły brzeg” początkowo wydaje się być powieścią osadzoną w innym świecie, który jest pewną alternatywą naszego. Nie mamy podanych nazw, więc możemy podejrzewać, że w tej alternatywie absolutnie wszystko wygląda inaczej. Z czasem zaś dowiadujemy się, że bohaterowie są… katolikami. To absolutnie nijak ma się do całości: brakowało mi tu konkretnego określenia, w jakim świecie odbywa się akcja. W naszym? Czy jednak zupełnie wymyślonym?

Jakbym wróciła do tamtej książki
Muszę też dodać, że w trakcie czytania miałam czasem wrażenie, że jednak wróciłam do „Dopóki nie zgasną gwiazdy”: choć tematyka jest inna, to sam główny bohater wydał mi się stosunkowo podobny do Kacpra z pierwszego tomu cyklu. Ponadto tak jak i tam, tak i tutaj znajdują się mocne nawiązania do religii chrześcijańskiej. Z tym że w tym przypadku pierwsza część powieści jest dość mięsista i widać w niej pewną… pasję do tego tekstu. W nowszej powieści autora chyba właśnie tego mi zabrakło.
Po przeczytaniu wstępu naprawdę wierzyłam, że będę mogła tę powieść wychwalać, dlatego niezmiernie żałuję, że tak potoczyła się moja przygoda z nią. Nie jest to wprawdzie zupełnie zła lektura. Zapewne sprawdzi się u czytelników młodszych, mniej wymagających lub szukających w literaturze przede wszystkim mitologii słowiańskiej w formie licznych potworów w opowieści. Zaletą może okazać się też fakt, że to jednotomowa powieść, o które dziś w tym gatunku naprawdę trudno. Niemniej, ja się najzwyczajniej w świecie na „Złym brzegu” zawiodłam.
Kiedy to było? Z sześćdziesiąt lat temu. Był chłopcem, kiedy smukłe statki z Północy pokazały się na tych wodach. Wszystko zaczęło się o pierwszym brzasku, a przed południem był koniec. Ci, którzy nie zdążyli dopaść lasu na pierwszy okrzyk trwogi, zginęli najpierw.
Fragment „Złego brzegu” Piotra Patykiewicza

Tytuł: Zły brzeg
Autor: Piotr Patykiewicz
Liczba stron: 480
Gatunek: fantasy
Wydanie: SuperNowa, Warszawa 2006