„Aquaman” w momencie premiery był dość głośnym filmem. Sama wybrałam się na niego do kina, co w tamtym czasie nie było dla mnie wcale oczywiste; długo uważałam, że takie seanse mijają się z celem. Jak podobał mi się ten supebohaterski film? Sprawdź recenzję!

Poznaj więcej historii z superbohaterami!
Arthur pochodzi z dwóch światów
Arthur (Jason Momoa) to syn ludzkiego mężczyzny i pochodzącej z podwodnego świata kobiety (Nicole Kidman). Korzysta ze swoich mocy, pomagając ludziom. Gdy w Atlantydzie źle się dzieje, odwiedza go Mera (Amber Heard) z prośbą o pomoc.
Choć raczej nie tworzę swoich opinii na temat filmów Marvela, to uznałam, że te od DC recenzować będę: zaczęłam już przy „Wonder Woman” i chyba warto to kontynuować. Przyznać jednak muszę, że „Aquaman” jest dopiero trzecim filmem z tego uniwersum, który obejrzałam (wcześniejszym był „Legion samobójców”), i skusiłam się na niego głównie przez stosunkowo pozytywne opinie. Absolutnie nie żałuję: ten film to po prostu czysta zabawa, która może niekoniecznie zawsze ma sens, ale… przecież nie o to w tym chodzi.
„Aquaman” to wszystko na raz
Przede wszystkim „Aquaman” to film, w którym jest dosłownie wszystko. Roboty strzelające laserami z oczu, wielkie kraby, koniki morskie czy nawet sceny rodem z „Małej syrenki”. To wszystko daje absurdalny, ale bardzo satysfakcjonujący świat, który przy okazji wygląda naprawdę pięknie. Na „Aquamana” patrzy się z przyjemnością. Żywe kolory i morskie stworzenia naprawdę przyciągają wzrok.
Ponadto w tym dziele świetnie wypadają sceny walki. Są nakręcone w taki sposób, że doskonale wiemy, co, kiedy i jak dzieje się na ekranie, a że ich nie brakuje, to… na tym filmie raczej nie da się nudzić.
Co z logiką tej historii?
Nie należy jednak szukać w „Aquamanie” szczególnej logiki. Historia bazowa jest bardzo prosta i raczej przewidywalna, ale świat przedstawiony to po prostu miszmasz przeróżnych rzeczy. Mamy krztuszącą się wodą mieszkankę głębin, mamy ludzi rozmawiających pod wodą (to taka „supermoc”), a bohaterowie walczą zwykłą bronią, nawet jeśli mają wyjątkowe umiejętności. Na to wszystko po prostu warto przymknąć oko i cieszyć się widokami, akcją i… sympatycznymi postaciami.
Bohaterowie są naprawdę sympatyczni
Bo owszem, bohaterowie tego filmu wypadają naprawdę sympatycznie. Arthur to wielkolud z sercem na właściwym miejscu. Niezbyt inteligentny, o prostym sposobie myślenia, ale jednocześnie wierny i lojalny względem bliskich. Mera działa na niego trochę jak kubeł zimnej wody (i wygląda przepięknie), a Willem Dafoe w roli Vulko też spełnia swoje zadanie naprawdę dobrze.
Przeciwnicy Aquamana wypadają stosunkowo solidnie, jak na tego typu film, chociaż mimo wszystko nie sądzę, aby zapadli mi szczególnie w pamięci. Niemniej są, mają jakieś motywacje, jakąś historię za sobą i czuję się raczej usatysfakcjonowana także pod tym względem.

Mimo wszystko, jest mroczniej
W trakcie seansu miałam wrażenie, że mimo wszystko ten film DC wypada mroczniej w porównaniu z MCU: jego ton jest jakby poważniejszy, a kolory częściej są bardziej stonowane i ciemniejsze. Niemniej to przecież cały czas ten sam typ rozrywki. Tyle tylko, że – z tego, co mi wiadomo – DC po prostu cały czas uczy się, jak robić takie filmy dobrze.
„Aquaman” to na pewno nie jest film dla wszystkich. Jeśli nie lubicie kiczu i absurdu, raczej podchodziłabym do niego ostrożnie. Jeśli jednak chcecie się po prostu dobrze bawić, niekoniecznie analizując każdą scenę i każde zachowanie postaci pod kątem logiki i głębokiego sensu, to całkiem prawdopodobne, że historia Arthura i Arielki… zaraz, przepraszam – Mery, przypadnie Wam do gustu.

„Aquaman” (2018)
reż. James Wan
film fantastyczny
1 thought on “Aquaman (2018): Wielka rozróba w podwodnej krainie [recenzja] [archiwum]”