„Venom” został przeze mnie obejrzany w 2019 roku i… w sumie zapomniany. W 2026 roku nie pamiętam już żadnych większych szczegółów na temat tej produkcji. Na co wówczas zwróciłam uwagę i dlaczego ten film nie zapadł mi w pamięć? Sprawdź też, czy może okazać się, że „Venom” spodoba się Tobie!

Sprawdź recenzje innych superbohaterskich produkcji: „Wonder Woman” | „Aquaman” | „Niezniszczalny”
Dziennikarz zaatakowany przez pasożyta
Eddie Brock (Tom Hardy) jest dziennikarzem śledczym. Gdy traci pracę, pogrąża się w rozpaczy. Wszystko zmienia się, gdy kontaktuje się z nim dr Dora Skirth (Jenny Slate) z prośbą o pomoc – okazuje się, że w laboratorium fundacji przeprowadzane są nielegalne eksperymenty na ludziach. Podczas infiltracji ośrodka Brock zostaje zaatakowany przez obcego pasożyta, który przejmuje nad nim kontrolę.
„Venom” to piekielnie nudny blockbuster?
Filmy okołosuperbohaterskie obecnie królują w kinach i trudno się temu dziwić. Dostarczają rozrywki, ciekawych postaci oraz dają ogromne pole do popisu dla twórców. Większość z nich trzyma też pewien poziom, będąc przynajmniej porządnie zrealizowanym, wysokobudżetowym kinem. Niestety, o „Venomie” trudno powiedzieć to samo. To produkcja, która już na etapie realizacji miała olbrzymie problemy, i nietrudno odnieść wrażenie, że odbiło się to na efekcie końcowym.
Dla mnie „Venom” okazał się pozycją piekielnie nudną, choć z całkiem przyjemnym głównym bohaterem – a raczej bohaterami. To jeden z tych filmów, w których sceny z Tomem Hardym wypadają dobrze i często zabawnie, jednak wszystkie te, w których go brakuje, po prostu wieją nudą. Trudno to ująć inaczej.
Przede wszystkim tę historię widzieliśmy już wiele, wiele razy. „Venom” nie tylko nie zaskakuje pod kątem fabularnym, ale też wypada o wiele gorzej niż inne dzieła tego typu. Twórcy niezwykle drastycznie zmieniają ton opowieści. W jednej chwili film próbuje być mrocznym horrorem, by zaraz potem rzucać luźnymi żartami. Najpierw obserwujemy brutalnie traktowanych ludzi, a sekundę później oglądamy Brocka wskakującego do akwarium w restauracji.
Zmarnowany potencjał i genialny Tom Hardy
Takie skrajności w tym przypadku zupełnie ze sobą nie współgrają. Choć niektóre sceny oglądane oddzielnie wyglądają nieźle, to jako całość dają nam produkt nużący i ciągnący się w nieskończoność… przynajmniej dopóki na ekranie nie pojawia się tytułowy Venom.
Już dawno nie oglądałam filmu, podczas którego tak bardzo czekałabym, aż główne postacie (obydwie grane oczywiście przez Toma Hardy’ego) w końcu dojdą do głosu. Naprawdę: relacja Brocka z symbiontem i ich wzajemne przekomarzanie się to jedyne elementy, które sprawiają, że ten seans da się przetrwać. Gdyby nie to, „Venom” byłby filmem wręcz niestrawnym, a w obecnej formie potrafi przynajmniej trochę rozbawić i dostarczyć odrobiny niezobowiązującej rozrywki.
Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż mamy do czynienia z jedną ze słabszych produkcji z postaciami Marvela. Sam motyw symbiontu daje przecież twórcom ogromne możliwości – mogli stworzyć świetną komedię, rasowy horror albo film z motywami gore. Żadna z tych ścieżek nie została jednak w pełni wykorzystana. A wielka szkoda, bo mając takiego aktora w roli głównej, każdy z tych pomysłów miał szansę świetnie się sprawdzić.

Czy warto obejrzeć?
Cóż, „Venom” to nie jest film, który poleciłabym w pierwszej kolejności; zdecydowanie lepiej spędzić ten czas, sięgając po jakikolwiek tytuł z MCU. Niemniej, da się to obejrzeć bez bólu i da się polubić głównego bohatera. Jeśli więc macie już za sobą wszystkie inne superbohaterskie produkcje, tę również możecie sprawdzić.
Ja sama pewnie obejrzę kontynuację. Jestem ciekawa, czy bez tak wielkich problemów produkcyjnych za kulisami Sony będzie w stanie pokazać następnym razem coś, co poza sympatycznym protagonistą zaoferuje nam po prostu sensowniejszą historię.

„Venom” (2018)
reż. Ruben Fleisher
film akcji, science-fiction