„Niezniszczalny” to film Shyamalana, który obejrzałam w 2018 roku. Nie bez powodu: a powód wyjaśniam w recenzji poniżej. Jak podobała mi się ta produkcja z Bruce’m Willisem? Na co wówczas zwróciłam uwagę? Sprawdź, czy warto się za to zabrać w wolny wieczór!

Inne historie z superbohaterami: „Herosi” | „Logan” | „Wonder Woman”
David odkrywa w sobie niezwykłą moc
David Dunn (Bruce Willis) od dawna ma problemy rodzinne ze swoją żoną, Audrey (Robin Wright). Wracając do domu pociągiem, próbuje flirtować z pewną kobietą, jednak przerywa im wypadek, w którym giną wszyscy poza głównym bohaterem. Wkrótce po nim kontaktuje się z nim Elijah Price (Samuel L. Jackson), fan komiksów, według którego David posiada niezwykłą moc.
Po obejrzeniu „Splitu” jasne było, że muszę nadrobić „Niezniszczalnego”. Dlatego zabrałam się za niego i muszę przyznać, że tak specyficznego kina superbohaterskiego po prostu jeszcze wcześniej nie widziałam.
„Niezniszczalny” zaskakuje widza wychowanego na MCU
Zwykle filmy tego typu to akcyjniaki, kręcone w „zwykły” sposób, w wykonaniu Marvela bardziej przypominające serial niż cokolwiek innego. „Niezniszczalny” zaskakuje jednak pod każdym możliwym względem.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kadry: już w pierwszej scenie David kręcony jest zza siedzeń pociągu, którym jedzie, przez co mamy wrażenie, że siedzimy tuż przed nim i podglądamy zarówno jego, jak i jego współpasażerkę. Później non stop przewijają się dalekie plany. Postacie są tylko niewielkim punktem na ekranie, często niewiele mówią, wykonując jakieś gesty.
Drugą rzeczą, która tak wyróżnia „Niezniszczalnego”, jest tempo akcji, bo w tym filmie… po prostu nic się nie dzieje. Wszystko jest powolne, nieśpieszne. Dialogi też są raczej zdawkowe, zwłaszcza gdy mówić ma David Dunn, kreowany na małomówną postać. To sprawia, że „Niezniszczalny” potrafi czasami wręcz usypiać: z jednej strony takie pokazanie świata intryguje, z drugiej naprawdę nie da się na tym filmie nie ziewać. Zwłaszcza że fabularnie przecież nie jest nadzwyczaj skomplikowany.

Ciekawi bohaterowie ciągną ten film
Przy tym film daje nam ciekawych bohaterów, zwłaszcza że Bruce Willis i Samuel L. Jackson wypadają na ekranie po prostu bardzo dobrze. „Niezniszczalny” naprawdę jest sprzecznością: jednocześnie nudzi i wzbudza zainteresowanie, a w chwilach, w których ten duet jest razem na ekranie, po prostu nie można oderwać od nich wzroku.
Mocne twisty fabularne to chyba znak rozpoznawczy Shyamalana, dlatego i tu na końcu go nie zabrakło. Muszę się przyznać, że o ile w trakcie oglądania chwilami naprawdę miałam ochotę po prostu zakończyć seans, o tyle przy ostatniej scenie zdębiałam i jednak dziękowałam Bogu, że dotrwałam do końca.
Nie ma tu epickich bitew
Jeśli jednak spodziewacie się, że przynajmniej na końcu będzie miała miejsce wielka rozróba, która wynagrodzi Wam ten czas oczekiwania, aż w końcu David przywdzieje kostium i stanie się Supermanem… to naprawdę przestańcie. Choć faktycznie w jednej z końcowych scen pojawia się nieco akcji, to zdecydowanie nie ma tu wielkich i epickich bitew.
Ciekawe podejście do superbohaterów
„Niezniszczalny” to bez wątpienia ciekawe podejście do tematyki superbohaterów; to pokazanie kogoś z niezwykłymi zdolnościami od tej ludzkiej, wyjątkowo realistycznej strony. Jednocześnie to nie jest coś, co spodoba się typowemu fanowi gatunku, który chce po prostu popatrzeć, jak jego ukochane postacie toczą wielkie bitwy i wygrywają. Niemniej, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, myślę, że po prostu warto sobie „Niezniszczalnego” sprawdzić.

„Niezniszczalny” (2000)
ang. Unbreakable
reż. M. Night Shyamalan
thiller