Nigdy nie przepadałam za DC. A może raczej: nigdy go dobrze nie poznałam i czułam do tych bohaterów pewien dystans. Dlatego „Wonder Woman” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, gdy obejrzałam ją, a następnie zrecenzowałam w 2018 roku. Co wówczas pisałam o tym filmie?

Inne historie z superbohaterami: „Herosi” | „Logan”
Czy Ares jest winny wybuchowi wojny?
U zarania dziejów bogowie stworzyli ludzi. Gdy jeden z nich, Ares, zbuntował się i zaczął planować wymordowanie ich, rozpętała się wojna. Bogowie zostali pokonani: w trakcie swojego ostatniego tchnienia Zeus stworzył Amazonki, mające chronić ludzkość przed zagładą. Wśród nich jest Diana (Gal Gadot): młoda i odważna kobieta, która wyrusza odnaleźć Aresa, wierząc, że to on odpowiada za wybuch I wojny światowej.
Jak już kiedyś pisałam na blogu, filmy o superbohaterach oglądam raczej z doskoku. Nie inaczej było z „Wonder Woman”. Przed seansem słyszałam, że to pierwszy film z uniwersum DC, który w miarę się udał. Obecnie mogę to potwierdzić: jako coś, co ma nam po prostu dostarczyć rozrywki, naprawdę nieźle się sprawdza.
Nie chce tu szukać błędów na siłę
To ten typ filmu, w którym nie chcę na siłę szukać błędów produkcyjnych i logicznych: komiksowym dziełom jestem w stanie sporo wybaczyć i choć podejrzewam, że znalazłoby się ich tu sporo, wybaczcie — nie będę robiła takiej analizy. Zwłaszcza że nic nie rzuciło mi się w oczy na tyle, by zepsuć mi przyjemność płynącą z seansu.
Przed obejrzeniem „Wonder Woman” słyszałam wiele opinii odnośnie wszechobecnego slow motion i najpierw chciałabym się z tym rozprawić. Nagłe spowolnienia pojawiają się właściwie w trakcie każdej walki (których w filmie nie brakuje), co wrażliwszych widzów może zaboleć, ale jeśli ogląda się to przy okazji, może nawet trochę „w tle”, to choć wygląda to nieco kiczowato, nie psuje samej struktury opowieści i nie przeszkadza w odbiorze.

„Wonder Woman” ma uroczą bohaterkę
Poza tym… to po prostu typowy, zwykły film superbohaterski z uroczą główną postacią. Bo tak, Diana to kochana bohaterka, która zachowuje się jak dziecko powoli odkrywające świat. Poznaje go i stopniowo zaczyna rozumieć, jak działa, ale to wcale nie przeszkadza jej się obrazić i tupnąć nóżką, gdy coś nie idzie po jej myśli.
Drugi główny bohater, Steve Trevor (Chris Pine), nieźle z Dianą współgra: jest sympatyczny i po prostu miło się na niego patrzy. David Thewlis w roli sir Patricka Morgana także wypada dobrze, a dr Maru (Robin Wright) to po prostu negatywna postać, która faktycznie ciekawi.
Amazonki, których w pierwszym akcie nie brakuje, to piękne, wojownicze kobiety; może nieco przerysowane, ale hej — taki jest urok tego typu kina. Poza tym obserwując „ich” świat czułam się chwilami jak w greckiej wersji „Władcy Pierścieni”, zwłaszcza w przypadku szerokich kadrów.
Obawiałam się, że nie będę w stanie znieść bohaterki w obcisłym kostiumie biegającej po froncie I wojny światowej. Na całe szczęście mamy tylko jedną taką scenę, która wyglądała na swój sposób „epicko”.
Miło spędziłam czas przy tym filmie
Nie zakochałam się w tym filmie, ale miło spędziłam przy nim czas, tak po prostu. Raczej prędko do niego nie wrócę, jeśli w ogóle, ale jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle jest po co go oglądać, to myślę, że musicie przekonać się sami i po prostu go włączyć.

„Wonder Woman” (2017
reż. Patty Jenkins
akcja, fantastyka
3 thoughts on “Wonder Woman (2017): Superbohaterskie kino z dobrą bohaterką [recenzja] [archiwum]”