„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” to drugi tom cyklu Roberta M. Wegnera, który przenosi czytelnika do zupełnie innej części świata. Jak podobała mi się ta historia, kiedy zapoznałam się z nią w 2019 roku? Sprawdź, czy to książka dla Ciebie!

Inne książki w cyklu: „Północ-Południe” | „Niebo ze stali”
Czardaan to więcej niż oddział
Czardaan to nie oddział. To rodzina, do której przystępujesz na dobre i na złe. Kailean doskonale o tym wie i docenia bycie częścią drużyny Laskolnyka – legendarnego generała, który postanowił przewodzić niewielkiej grupie najemników pilnującej rozległych stepów. Mieszkający po drugiej stronie kontynentu Altsin nie może pochwalić się tak cudowną rodziną. Młody złodziejaszek pracuje sam, będąc jednak pod opieką jednego z najpotężniejszych ludzi w mieście. Jego codziennością są bijatyki w ciemnych zaułkach olbrzymiej metropolii, drobne napady i zakazana magia, która już lata temu zakorzeniła się w Ponkee-Laa.
„Wschód – Zachód”; jeszcze ciekawsza odsłona Meekhanu
Po pierwszym tomie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” byłam przekonana, że sięgnę po kolejny. Naprawdę niełatwo znaleźć tak dobre jakościowo polskie high fantasy, które jednocześnie miałoby w sobie świeżość, przygodę i dobrze nakreślony świat, a przy tym pozostawałoby klasyczne w swoim gatunku. Druga część książki Roberta M. Wegnera w żadnym razie mnie nie zawiodła. Przeciwnie – „Wschód – Zachód” są w moim odczuciu wręcz ciekawsze od Północy i Południa.
Sama konstrukcja książki pozostaje niezmienna w stosunku do tomu pierwszego. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” podzielone są na dwie części, które opowiadają o dwóch głównych bohaterach i dwóch zupełnie różnych światach. Dzięki temu stopniowo coraz lepiej poznajemy uniwersum, mając czas, by szczerze przywiązać się do zaprezentowanych postaci. Ponadto to wciąż zbiór opowiadań. Podobnie jak w cyklu wiedźmińskim Andrzeja Sapkowskiego, tak i tutaj zaczynamy od połączonych ze sobą historii, które równie dobrze funkcjonują jako spójna całość, jak i zupełnie odrębne twory.
W stylu Wegnera naprawdę coś jest. Z jednej strony jego pióro okazuje się na tyle lekkie i klarowne, by całość bez problemu pochłonąć na raz. Osobiście nie czułam zagubienia w świecie przedstawionym ani „niezrozumienia” z autorem. Jednocześnie jego opowiadania są niezwykle zgrabne, przepełnione emocjami, przygodą oraz sercem do wykreowanego świata, nie mając przy tym w sobie ani grama infantylności. To po prostu pełnokrwiste high fantasy w najlepszym wydaniu.

Poznaj więcej polskiego fantasy: „Cienie Nowego Orleanu” | „Nomen omen” | „Wiedźma” | „Zły brzeg”
Najemnicy, wierzchowce i łotrzykowski klimat
W poprzedniej części autor przedstawił czytelnikom Północ i Południe Imperium Meekhańskiego. Pierwsza połowa tomu była bardzo militarna, a ja mimo wszystko nie jestem wielką fanką kwestii związanych z taką tematyką. Dlatego dużo bardziej podobała mi się część druga, w której pisarz wyszedł od romansu, czerpiąc z kultury Bliskiego Wschodu. Mimo to obydwie tamte historie nie sięgały do moich najbardziej ulubionych motywów.
Z tym tomem jest inaczej. Najpierw otrzymałam opowieść o grupie najemników przemierzających stepy, którzy spędzają ogrom czasu na swoich wierzchowcach. Są do nich niezwykle przywiązani i traktują je jak wspólników, a nie jak zwykłe zwierzęta. Zażyłość głównej bohaterki, Kailean, zarówno do całego czardaanu, jak i do jej własnego konia to coś, co wyjątkowo trafia w moje gusta.
Z kolei część zachodnia jest czymś, czego naprawdę brakowało mi w ostatnio czytanej przeze mnie fantastyce. Wegner sięga w niej po łotrzykowskie motywy i odrobinę dark fantasy, tworząc bohatera, na którym naprawdę zacząło mi zależeć. Co prawda wcale nie tak dawno poznałam utrzymane w podobnym klimacie „Dwie karty” Agnieszki Hałas, ale tam nie czułam aż tak głębokiego przywiązania do postaci i świata jak w tym przypadku.
Czy warto wracać na Pogranicze?
„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” są naprawdę wyjątkowym tworem jak na polski rynek. Stworzone z ogromnym rozmachem, czerpiące z klasyki gatunku, ale jednocześnie mające w sobie coś unikalnego. Na pewno będę kontynuować przygodę z tą serią, a tych, którzy o tych książkach jeszcze nie słyszeli bądź wciąż się wahają, gorąco zachęcam do zapoznania się z twórczością Wegnera.
Jeśli tylko lubicie przygodowe fantasy z elementami militarnymi (bo i w tym tomie parę starć się znajdzie), to nie wątpię, że przedstawione przez autora historie przypadną wam do gustu.
– Aha. Ciekaw jestem tylko, dlaczego, jeśli chodzi o walkę dobra ze złem, kapłani tak rzadko ruszają sami swoje tyłki. Gadanie, gadanie, gadanie, a potem zawsze idźcie, dzieci, tłuc się z siłami Mroku sami, bo ja tu muszę jeszcze Świątynię pozamiatać…
– Wina się napić – dodała Daghena.
– Dziewkę wy… – Kailean obejrzała się, wyczuwając ruch – …wyspowiadać.
Fragment „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” Roberta M. Wegnera

Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – zachód
Tytuł serii: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Numer tomu: 2
Autor: Robert M. Wegner
Liczba stron: 688
Gatunek: high fantasy
Wydanie: Powergraph, Warszawa 2018
1 thought on “Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – zachód: Rozległe stepy i cień olbrzymiego miasta [recenzja] [archiwum]”