„451° Fahrenheita” to klasyka dystopii, którą przeczytałam w 2020 roku. Jak odebrałam tę książkę i czy warto ją przeczytać? Sprawdź, kim są strażacy w powieści, w której już nic nie płonie.

Więcej recenzji dystopii: „Limes Inferior” | „Łowca androidów” | „Planeta małp”
Kim są strażacy w nowej przyszłości?
Niegdyś strażacy gasili pożary. Teraz je wzniecają, pilnując, aby książki pozostały tylko niechlubnym echem przeszłości. Guy Montag jest jednym z nich. Sumiennie wykonuje swoją pracę, przez większą część życia nawet nie myśląc, że świat mógłby wyglądać inaczej. Gdy jednak zaczyna odkrywać przeszłość ludzkości, jego światopogląd ulega zachwianiu.
Takie książki podobno trzeba uwielbiać
Są takie książki, które każdy czytelnik powinien uwielbiać. Wiele z nich na swój główny temat bierze właśnie literaturę, bo przecież osoba lubiąca taką formę rozrywki musi lubić dzieła kultury mówiące o niej samej. Bo jakby inaczej! I tak „Złodziejka książek”, powieść opowiadająca o Holokauście, jest absolutnie uwielbiana przez wielu czytelników. „451° Fahrenheita” też o książkach mówi. Na dodatek jest dystopią poruszającą trudny, społeczny temat. To książka inteligentna, która naprawdę z ogólnego założenia powinna wzbudzić we mnie zachwyt. Tyle że… no nie. W tym przypadku po prostu nie miało to miejsca. Zresztą za „Złodziejką książek” też specjalnie nie przepadam.
Dlaczego tej powieści nie potrafię uwielbiać? Sprawa wydaje mi się dość prosta, ale najpierw powiedzmy sobie jasno: nie uważam jej za złą. Przeciwnie wręcz, to całkiem kompetentna dystopia, która w chwili wydania na pewno wzbudzała zachwyt. Tyle tylko, że z pewnych powodów w moim odczuciu dość mocno się zestarzała.
Próba krytyki kultury masowej a współczesność
Książka Raya Bradbury’ego została wydana w 1953 roku, czyli w czasie, w którym kultura masowa świeciła swoje wielkie triumfy. Osobiście odbieram tę powieść właśnie jako jej krytykę. Bradbury próbował sobie odpowiedzieć na pytanie, co się stanie, jeśli będziemy brnąć w tym nurcie dalej, i wyszła mu właśnie taka oto wizja. Wizja świata, w którym jakakolwiek inność jest odbierana jako coś złego, a książki uważa się za snobistyczne i nic niewnoszące do życia opowieści.
Tyle że… współcześnie to wizja nieco przedawniona. Kultura masowa przeobraziła się w popkulturę, a w międzyczasie powstały jeszcze inne nurty. Choć niektórzy może i odbierają kulturę w sposób podobny do autora, to ogółem ta wizja przyszłości w moim odczuciu dość mocno się zdezaktualizowała.

„451° Fahrenheita” wypada raczej… neutralnie
Mimo tego jednak to przecież dalej mogłaby być wybitna książka, czyż nie? Zachwycająca światem, bohaterami, akcją, językiem… czy czymkolwiek innym. Dla mnie jednak to po prostu dość porządna, ale raczej zwykła dystopia. Osobiście dużo bardziej od Bradbury’ego wolę Zajdla, a chyba i Orwell wypada lepiej – jego świat wydaje mi się bardziej kompletny. „451° Fahrenheita” jawi mi się jako powieść krótka, wręcz składająca się z pewnych urywków, będąca raczej wizją autora i krytyką otaczającej go rzeczywistości niż fantastyką, która próbuje spiąć absolutnie wszystko: od mądrego przesłania, przez dobrych bohaterów, po świetny świat przedstawiony.
Biorąc pod uwagę, jak często ten tytuł jest gdzieś wspominany, warto go sprawdzić. Bądź co bądź to klasyka, która mimo upływu lat wciąż jest czytana. Pewnie też będę ją czasem polecać, bo czyta się to całkiem przyjemnie i nie jest wcale długie. Właściwie, gdybym miała opisać moje wrażenia po lekturze, uznałabym je za takie „neutralne +”. Nic mnie tu w końcu szczególnie negatywnie nie ubodło, a kilka początkowych scen, w których główny bohater rozmawia ze swoją sąsiadką, było naprawdę uroczych i zresztą całkiem ciekawych. Nie umiem jednak tej książki uwielbiać i nadzwyczaj zachwalać, bo ponownie: znam lepsze dystopie. Bardziej aktualne i mocniej do mnie przemawiające.

Tytuł: 451° Fahrenheita
Autor: Ray Bradbury
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Liczba stron: 176
Gatunek: dystopia
Wydanie: Mag, 2018