„Łowca androidów” obejrzałam po tym, jak przeczytałam książkę, na której bazuje ten film. To klasyk kina, nie tylko tego fantastyczno-naukowego. Jak podobała mi się ta produkcja, kiedy oglądałam ją w 2018 roku? Sprawdź!

Poznaj recenzje innych filmów SF: „Piąta fala” | „Prometeusz” | „Ex Machina” | „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”
Harrison Ford na tropie androidów
Na Ziemię trafia kilka androidów. Rick Deckard (Harrison Ford) ma je wyeliminować. Szybko okazuje się jednak, że nie są to zwykłe jednostki – to najnowszy model sztucznej inteligencji, który niemal niczym nie różni się od ludzi.
„Łowca androidów” z 1982 roku to już klasyka kina science fiction. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że to po prostu dobry film. Dlatego też tym razem, zamiast skupiać się wyłącznie na jego analizie, pozwólcie, że porównam go z książką, na podstawie której powstał, czyli z „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka.
„Łowca androidów” dalej wygląda zachwycająco
Nim jednak do tego przejdziemy, muszę powiedzieć kilka słów o stronie wizualnej filmu. „Łowca androidów” ma już ponad czterdzieści lat. Mimo to… wygląda zachwycająco. Widać, że twórcy naprawdę przyłożyli się do swojej pracy – większość lokacji została fizycznie zbudowana, dlatego również dziś mogą robić ogromne wrażenie. Do tego mroczny, ciężki klimat, w jakim utrzymana jest całość, po prostu świetnie buduje atmosferę.
Wracając do fabuły, zacznijmy od tego, że historia przedstawiona w filmie znacząco różni się od tej stworzonej przez Dicka. Twórcy zaczerpnęli z książki wiele motywów, a następnie przerobili je na własną modłę. I właśnie dzięki temu „Łowca androidów” wypada aż tak dobrze.

Ten film jest inny od oryginalnej książki
Przede wszystkim główny bohater, Rick Deckard, w wersji książkowej jest podrzędnym łowcą, którego największym marzeniem jest posiadanie żywego zwierzęcia. Ma rodzinę i właściwie klepie biedę. Filmowa wersja tej postaci jest pod pewnymi względami jego przeciwieństwem. To samotny człowiek, o którego zamiłowaniu do zwierząt nic nie wiemy. Jest przy tym po prostu najlepszy w swoim fachu.
Samych androidów również jest nieco mniej, a związane z nimi wątki zostały wyraźnie zmienione. Ich motywacje różnią się od tych znanych z książki. Powiedziałabym nawet, że są bardziej rozbudowane i zdecydowanie bardziej ludzkie. Jednocześnie sposób, w jaki się poruszają, oraz to, jak okrutni potrafią być, sprawiały, że podczas seansu czułam się znacznie bardziej nieswojo niż w trakcie lektury powieści. Dick wprawdzie lubi poruszać się na granicy absurdu, ale finałowe sceny „Łowcy androidów” moim zdaniem zdecydowanie przewyższają jego dzieło pod tym względem.
Słabiej niż w książce wybrzmiewa natomiast wątek Rachael (Sean Young). W filmie zabrakło miejsca na rozważania dotyczące religii i moralności, dlatego o ile w powieści postać ta została wprowadzona właśnie po to, by pokazać, jak te wartości funkcjonują w przedstawionym świecie, o tyle w ekranizacji ona… po prostu jest. Nie zrobiła na mnie większego wrażenia i z pewnością daleko jej do tego, co Rutger Hauer osiągnął kreacją swojego androida, Roya Batty’ego.
To dwie różne historie i obydwie działają
Świat Philipa K. Dicka nie jest światem „Łowcy androidów”, choć oba dzieła mają wiele punktów wspólnych. W przypadku filmu jest to jednak wyłącznie zaleta – to po prostu dwie odrębne interpretacje tego samego pomysłu i każda z nich broni się na swój sposób. Chociaż nie jest to produkcja, którą pokochałam całym sercem, nie potrafię jej nie docenić ani nie darzyć szacunkiem. To naprawdę jeden z tych filmów, które każdy powinien poznać, choćby ze względu na to, jak ogromny wpływ wywarł na historię światowego kina.

„Łowca androidów” (1982)
ang. „Blade Runner”
reż. Ridley Scott
film science-fiction
1 thought on “Łowca androidów (1982): Tak inny od oryginału, a jednak… tak dobry [recenzja] [archiwum]”