„Łzy Mai” czytałam w 2018 roku, jakoś niedługo przed tym, jak wyszło ich wznowienie w wydawnictwie Uroboros. Było to moje trzecie spotkanie z twórczością Martyny Raduchowskiej, do której mam bardzo dużą słabość do dziś, a mamy 2026 rok; poznałam ją będąc jeszcze w liceum. Jak podał mi się jej cyberpunkowy kryminał?

Sprawdź recenzję kontynuacji: „Spektrum”
Quinn poczuł się zdradzony przez swoją androidkę
Gdy podczas buntu androidów Quinn stracił swoich ludzi i sam omal nie zginął, przez kilka lat pozostawał w śpiączce. Po przebudzeniu wraca do policji i szybko zaczyna pracować nad serią morderstw. Jednocześnie nie potrafi wybaczyć Mai – sztucznej inteligencji, która zdradziła go podczas buntu – i robi wszystko, aby ją odnaleźć oraz dokonać zemsty.
Martynę Raduchowską poznałam już dawno jako autorkę komediowego urban fantasy, którym zadebiutowała. Mowa oczywiście o „Szamance od umarlaków”. Gdy więc w moje ręce trafiły „Łzy Mai”, byłam ciekawa, co znajdę w środku. W końcu opis wcale nie zapowiadał komedii, a cyberpunk to nurt wymagający nieco innego sposobu pisania. W trakcie lektury odkryłam, że jest to całkiem sprawnie napisany kryminał science fiction, któremu jednak do doskonałości trochę brakuje.
Kogo można nazwać człowiekiem?
Zacznijmy od tego, że Raduchowska wzięła na warsztat bardzo popularny w literaturze science fiction temat rozważań nad tym, kogo i kiedy możemy nazwać człowiekiem, jeśli mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją. Nie jest to absolutnie nic oryginalnego, jednak jako tło wydarzeń sprawdza się całkiem dobrze. Zwłaszcza że „Łzy Mai” są przede wszystkim kryminałem, a nie powieścią filozoficzną. Świat przyszłości stanowi tu po prostu pretekst do poprowadzenia kryminalnej intrygi.
„Łzy Mai” to lekko napisana powieść
Styl Raduchowskiej nie zachwyca. Nie razi, ale też niczym szczególnym się nie wyróżnia. To po prostu lekko napisana książka, którą czyta się całkiem przyjemnie – i właściwie tyle. Muszę jednak przyczepić się do sporej liczby angielskich zwrotów. Owszem, sami na co dzień używamy angielskiego znacznie częściej niż kiedyś i rozumiem, że w wizji autorki jest to po prostu język przyszłości. Mimo wszystko w książce napisanej przez polską autorkę wolałabym, aby takich wtrąceń było jak najmniej. W pewnym momencie oryginalna powieść zaczyna przypominać tłumaczenie, a tego zdecydowanie nie lubię. To jednak wyłącznie moje osobiste odczucie i całkiem możliwe, że większości czytelników taki zabieg w ogóle nie będzie przeszkadzał.
Świat przyszłości to wymówka do opowiedzenia historii kryminalnej
Jak już wspominałam, świat przyszłości jest tu jedynie pretekstem do opowiedzenia historii kryminalnej, która – przy niewielkich zmianach – wcale nie musiałaby być fantastyką. Oczywiście ten element dodaje książce nieco kolorytu, ale jednocześnie Raduchowska korzysta z dobrze znanych schematów gatunku. W efekcie nie jest to dla mnie lektura szczególnie oryginalna. Po prostu rozwiązujemy zagadkę, która została poprowadzona całkiem sprawnie, choć momentami opiera się na zbyt wielu szczęśliwych zbiegach okoliczności.
Poza tym wyraźnie widać, że jest to początek cyklu. Kryminały często można czytać w dowolnej kolejności, nawet jeśli należą do jednej serii, ponieważ każda książka przedstawia osobną sprawę z udziałem tego samego bohatera. Tutaj jednak tak nie jest. Aby sięgnąć po kolejny tom, znajomość pierwszego będzie praktycznie niezbędna.
Quinn to policjant po przejściach
Nasz główny bohater, Quinn, to po prostu policjant po przejściach. Jest na tyle dobrze nakreślony, że łatwo go polubić, jednak moim zdaniem brakuje mu naprawdę charakterystycznych cech. Dobrze spełnia swoją rolę w fabule, ale jednocześnie nie wydaje mi się postacią, która na długo zapadnie mi w pamięć.
Muszę też dodać, że „Łzy Mai” absolutnie nie są komedią. To powieść utrzymana w poważnym tonie, zupełnie innym niż wcześniejsze książki Raduchowskiej.
Cieszy mnie, że autorka wyraźnie rozwinęła się od czasu swoich dwóch pierwszych powieści, ale jednocześnie… chyba większą sympatią nadal darzę Idę Brzezińską. Bo choć „Łzy Mai” są zdecydowanie lepiej skonstruowaną historią, moje odczucia wobec tej książki pozostają raczej neutralne. Cóż, zobaczymy, jak rozwinie się moja relacja z historią Quinna podczas lektury kolejnych tomów.
Jeśli udajesz kogoś, kim nie jesteś, to znaczy, że masz coś do ukrycia i nie kierują tobą uczciwe zamiary.
Fragment „Łez Mai” Martyny Raduchowskiej
Sprawdź inne historie SF, które zastanawiają się nad granicą człowieczeństwa: „Łowca androidów” | „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” | „Mechaniczny” | „Westworld” | „Ex Machina” | „www.Wzrok”

Tytuł: Łzy Mai
Tytuł serii: Czarne Światło
Numer tomu: 1
Autor: Martyna Raduchowska
Liczba stron: 460
Gatunek: cyberpunk, kryminał
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2015
2 thoughts on “Łzy Mai: Cyberpunkowy kryminał [recenzja] [archiwum]”