„Spektrum” to kontynuacja cyberpunkowej powieści Martny Raduchowskiej, bardzo lubianej przeze mnie polskiej autorki. Przeczytałam tę powieść w 2018 roku w ramach współpracy z wydawnictwem Uroboros. Jak mi się podobała?

Dowiedz się więcej na temat Martyny Raduchowskiej i jej twórczości!
Maya udaje się zza mur
Po dniu buntu policjant Jared Quinn cudem uszedł z życiem. Maya, android i jednocześnie jego partnerka, udała się za mur. Jednak tylko ona wie, w jakich okolicznościach do tego doszło.
Nim zabiorę się za ocenę „Spektrum”, muszę na chwilę wrócić do części poprzedniej, czyli „Łez Mai”. Czytałam ją wcale nie tak dawno, bo w tym roku, choć jeszcze przed wydaniem części drugiej. Muszę jednak przyznać, że… niewiele pamiętam z lektury. Pamiętam, że uznałam ją za całkiem fajną, rozrywkową pozycję, ale fabuła? Większa jej część uciekła mi z pamięci. Część wróciła przy lekturze „Spektrum”, ale… no właśnie, ale. Nie do końca, nie w całości. A to w przypadku tej konkretnej książki wydaje mi się dość istotne. Dlaczego?
„Spektrum” należy czytać razem z tomem pierwszym
„Spektrum” jest powieścią nierozerwalnie związaną z tomem pierwszym serii. Akcja tej książki rozgrywa się w tym samym czasie co „Łzy Mai”, jednak obserwujemy wszystkie wydarzenia z innej perspektywy. Tym razem to Maya jest naszą główną bohaterką, wokół której kręci się sama historia, która jednak nieco odbiega od tego, co przeżywał Jared: wprawdzie oczywiście obydwie historie łączą się i splatają, jednak nie mamy w tym przypadku dokładnej powtórki z rozrywki.

Maya jest bardzo ludzkim androidem
Czy jednak Maya jest ciekawszą postacią niż Jared? Wydaje mi się, że tak, choć mam przy tym wrażenie, że jest… zbyt ludzka. Zbyt zwyczajna. Choć jest androidem, który powinien wzbudzać pewien strach, lęk, niepokój, to… Maya wydaje się być po prostu kobietą. Niemniej na pewno ta część jest o wiele bardziej skupiona na samej bohaterce. Poznajemy ją naprawdę bardzo dokładnie, ta książka jest wyraźnie o niej. Kryminalne elementy schodzą trochę na drugi plan; ważniejsze są jej emocje, uczucia, czyny.
Czym jest SI?
Raduchowska w „Spektrum” kontynuuje też analizę sztucznej inteligencji. Zadaje pytania bardzo typowe dla science fiction, dotyczące tego, kiedy maszyna staje się człowiekiem i na ile można sobie względem niej pozwolić. Muszę jednak przyznać, że przy jej naprawdę lekkim stylu pisania (jak na tego typu literaturę) mam wrażenie, że nie wybrzmiewa to tak mocno, jak mogłoby wybrzmieć. A może po prostu sama poznałam już tyle książek poruszających to zagadnienie, że przestało to na mnie robić wrażenie? Nie przeczę, jest to możliwe.
„Spektrum” czyta się błyskawicznie
No właśnie, skoro wspomniałam już o stylu, to muszę dodać, że „Spektrum” czyta się naprawdę błyskawicznie. Sama byłam zaskoczona tym, jak szybko „lecą” mi kartki – zwykle nawet przy lekkiej fantastyce naukowej spędzam trochę czasu. Tekst Raduchowskiej, mimo że ma stosunkowo dużo opisów, czyta się bardzo płynnie i bardzo dobrze. Pamiętam też, że w przypadku „Łez Mai” bolała mnie nieco duża ilość angielskich wtrąceń. W „Spektrum” tego problemu w żadnym razie nie zauważyłam.
Muszę przyznać, że jednak o ile czytało mi się tę powieść naprawdę dobrze i o ile przez samo zakończenie chętnie sięgnę po kolejny tom, to niekoniecznie czułam się w pełni zaangażowana w fabułę. Mam wrażenie, że ma to związek z moimi lukami w pamięci związanymi z „Łzami Mai”, dlatego naprawdę szczerze polecam czytać te książki jedna po drugiej, w odpowiedniej kolejności. Obydwie są tak mocno ze sobą związane, że jest to po prostu coś naprawdę koniecznego.
Ciekawa część miasta i interesujący klimat
Należy dodać, że ulokowanie historii „Spektrum” w Dark Horizon, części miasta wyjętej spod prawa, nadaje jej ciekawy klimat. Wszelkiego rodzaju gangi i mafie, wszechobecny brak ufności i różnego typu układy to coś, co w takich miejscach występuje zawsze, i w tym przypadku nie możemy mówić o jakimkolwiek wyjątku. A w końcu chyba nic nie fascynuje bardziej niż ta ciemna strona świata, do której większość z nas jednak nie ma wstępu.
Jak już wspominałam, chętnie sięgnę po kolejny tom „Czarnych świateł”, bo nie wątpię, że takowy się ukaże. Chyba jednak przed lekturą będę musiała wrócić do „Łez Mai”, by nie mieć wciąż wrażenia, że coś mi umyka. Samego „Spektrum” nie potrafię uwielbiać, ale niewątpliwie to ciekawa pozycja, udowadniająca, że Raduchowska wciąż się rozwija i doskonali swój warsztat. Mam nadzieję, że teraz, po znalezieniu nowego wydawcy, jej kariera zacznie rozkwitać i spod jej pióra wyjdzie jeszcze wiele ciekawych książek.
– Izzie, zanim mnie wyłączą, pozwól mi zrozumieć. Dlaczego?
Kobieta siedzi w kucki pod ścianą i kiwa się lekko w przód i w tył, wpatrzona w podłogę, z dłońmi przyciśniętymi do czoła i palcami wbitymi w rozczochrane włosy.
– Bo nie chcę go stracić – mówi niewyraźnie, nie podnosząc głowy, nie patrząc mi w oczy.
Fragment „Spektrum” Martyny Raduchowskiej

Tytuł: Spektrum
Tytuł serii: Czarne światła
Numer tomu: 2
Autor: Martyna Raduchowska
Liczba stron: 416
Gatunek: cyberpunk
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018
1 thought on “Spektrum: B-day oczami Mai [recenzja] [archiwum]”