„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” to filmowa space opera, która tak bardzo zapadła mi w pamięć, że kiedy w 2026 roku przenoszę recenzję napisaną w 2018 na nową domenę to… naprawdę nic z niej nie pamiętam. A to był podobno najdroższy europejski film! Sprawdź, co pisałam o nim w 2018 roku i czy warto sie za niego zabrać.

Sprawdź recenzje innych filmów SF: „Piąta fala” | „Prometeusz” | „Ex Machina”
Ludzkość to nie jedyny inteligenty gatunek
Przyszłość. Ludzie okazali się nie być jedynymi mieszkańcami wszechświata: towarzyszą nam setki innych gatunków, a wszystkie z nich żyją razem w kosmicznym mieście. Valerian (Dane DeHaan) i Laureline (Cara Delevingne) są w tym świecie agentami od zadań specjalnych. Dostają rozkaz, aby uratować ostatniego przedstawiciela niemal wymarłego gatunku.
„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” to chyba najdroższa produkcja filmowa stworzona w Europie. Została wykonana na bazie komiksu, jednak ponieważ nigdy nie miałam z nim styczności, nie będę oceniać tego dzieła przez porównanie go do oryginału.
„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” to barwny film
Zacznijmy może od jasnej strony „Valeriana”: to niezwykle kolorowy film z bardzo ciekawą koncepcją świata. Choć efekty specjalne raczej niczym się nie wyróżniają, to same projekty świata przedstawionego są cudowne, a niektóre pomysły potrafią być absurdalne i wspaniałe zarazem. Dzięki temu film ma w sobie coś pociesznego i naprawdę miło się na niego patrzy.
Miło — pod warunkiem, że wyłączymy myślenie i nie będziemy zastanawiać się nad tym, co się tu właściwie dzieje. Niestety, choć jest tu sporo ciekawych koncepcji, to film jako całość po prostu nie do końca się klei. Wprawdzie bazowa historia jest bardzo prosta, ale intryga została kiepsko poprowadzona.
Ci bohaterowie nie dają rady
Na dodatek rady nie dają też postacie. Chociaż Cara Delevingne jako Laureline wypada… po prostu „OK”, to już Dane DeHaan kompletnie nie pasuje do swojej roli. Twórcy próbują kreować go na babiarza, radosnego człowieka, który potrafi wszystko – trochę jak Kapitan Kirk ze „Star Treka” – ale nie dość, że tego na ekranie nie widać (Valerian ani razu nie zachwyca się paniami, nie jest też zbyt zabawny), to na dodatek DeHaan ze swoim wyglądem kompletnie nie pasuje do takiego charakteru. Poza tym między nim a Delevingne nie ma absolutnie żadnej chemii i choć już na starcie film próbuje podsunąć nam romans, to on… kompletnie nie wybrzmiewa. Laureline i Valerian to co najwyżej partnerzy, a nie zakochana w sobie para.

A co z postaciami w tle?
Poza tym „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” ma… gdzieś życie innych ludzi. Wyobraźcie sobie, że w trakcie akcji ginie wam cała ekipa. Co robicie po zakończeniu misji? Wkurzacie się, że ktoś porwał wam sukienkę. I to nie zdarza się w tym filmie tylko raz: według twórców agenci bez konsekwencji mogą wybić cudzego władcę i cały dwór…
Jeśli liczycie na występ Rihanny, to… nie spodziewajcie się po niej niczego nadzwyczajnego. Gwiazdka dostaje wprawdzie całkiem ładnie nagraną scenkę, ale ta bardziej nadaje się do teledysku niż do filmu. Następnie piosenkarka znika z ekranu, podkładając tylko głos, po czym wątek jej postaci nagle się urywa, jakby producentom zabrakło pieniędzy, aby opłacić jej dalszy występ. Ech.
To zdecydowanie nie jest dobry film. Wprawdzie nie ogląda się go bardzo źle, głównie za sprawą bardzo barwnych zdjęć, które przyciągają wzrok, ale ma tyle mankamentów, że trudno traktować go jak poważne dzieło. A szkoda… bo naprawdę lubię space opery i chciałabym, by „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” był czymś, co sprawi, że będę się dobrze bawić.

„Valerian i Miasto Tysiąca Planet” (2017)
ang. Valerian and the City of a Thousand Planets
reż. Luc Besson
space opera