„Poklatkowa rewolucja” to moje drugie spotkanie z twórczością Petera Wattsa. Przeczytałam tę książkę z Uczty Wyobraźni w 2021 roku. Czy moim zdaniem warto się z nią zapoznać? Sprawdź, czy to może być książka dla Ciebie!

Sprawdź recenzje innych książek z serii Uczta Wyobrażni: „Laguna” | „Shriek: Posłowie” | „Akwaforta”
Sunday budzi się co kilka milionów lat
Sunday bierze udział w kosmicznej misji. Budzona co kilka milionów lat na swoją zmianę, prawdopodobnie wraz ze swoją załogą przeżyła pozostałych ludzi. Po załamaniu się jednej z członkiń swojej wachty zaczyna rozumieć, że załoga szykuje się do rewolucji.
„Poklatkowa rewolucja” to nie jest długa powieść
Po kilku latach nadszedł czas na moje drugie spotkanie z twórczością Petera Wattsa. Przyznaję, że po tym czasie ledwo kojarzę, o czym było „Ślepowidzenie”, jednak wiem, że mimo swojej dziwności bardzo przypadło mi do gustu. Jaka jednak jest „Poklatkowa rewolucja”? Przede wszystkim należy zacząć od tego, że to właściwie nie powieść, a nowelka, która ledwo przekroczyła magiczne anglosaskie 40 tysięcy słów (co pozwala ją kwalifikować jako powieść). Daje to nieco ponad 150 stron w wydaniu Maga.
Czy to naprawdę jest hard science fiction?
Zwykle twórczość Wattsa jest bardzo mocno zakorzeniona w zdobytej przez ludzkość wiedzy. I choć w tym przypadku także mamy do czynienia z hard SF, to jednak autor sam przyznaje, że z powodu tego, o jak odległej przyszłości pisze, nasza współczesna wiedza nie ma z tym wiele wspólnego. Wydaje mi się jednak, że tę warstwę „hard” widać choćby w samym stylu, ale jednocześnie, jeśli ktoś nie ma specjalistycznej wiedzy, to wydaje mi się, że tak czy siak samą książkę zrozumie. Bo w gruncie rzeczy ona fabularnie zbyt trudna nie jest. Nic zresztą dziwnego, zważając na jej długość.

To przede wszystkim ciekawy pomysł
„Poklatkowa rewolucja” to po prostu ciekawy koncept. Bo choć to niby „zwykła” historia o rewolucji (jak sugeruje tytuł), to jednak jej bohaterowie mają utrudnione zadanie. Są wybudzani w wachtach, zawsze w tych samych grupach. Jeśli chcą cokolwiek zorganizować, muszą wykazać się dużą kreatywnością. Zwłaszcza że nowoczesny statek przecież jest wszędzie!
Nie powiem, ta historia mocno kojarzy mi się z fantastyką socjologiczną. Choć w tym przypadku „społeczeństwo” jest ograniczone do (dość licznej) załogi, to samo założenie jest bardzo podobne: bohaterowie muszą poradzić sobie z reżimem. Tyle że w jeszcze mniej codziennych warunkach. Zwłaszcza że od rozpoczęcia misji minęły już miliony lat i z ludzkości mieszkającej na Ziemi prawdopodobnie niewiele już zostało.
Watts dobrze radzi sobie z bohaterami
To, co lubiłam w „Ślepowidzeniu” i to, co pojawia się tutaj, to fakt, że mimo naukowego podejścia autor naprawdę nieźle buduje postacie. Chemia między nimi naprawdę dobrze gra. Są ludzcy, a ich interakcje naprawdę dobrze się obserwuje. Nie będę jednak udawać: mam słabość do relacji człowieka ze sztuczną inteligencją i ten motyw w przypadku tej książki również sprawił mi trochę radości.
Watts uchodzi raczej za trudnego pisarza. I choć przyznaję, że niekoniecznie jest świetnym twórcą na start z fantastyką naukową, to mam wrażenie, że jest owiany złą sławą. Bo przecież „Poklatkowa rewolucja” wcale aż tak trudna nie jest. Owszem, trzeba się przy niej nieco skupić i ponad poetyckość języka stawia konkretne opisy i naukowe sformułowania, ale przy odrobinie chęci ze strony czytelnika zrozumienie tego nie powinno być większym problemem.

Tytuł: Poklatkowa rewolicja
Autor: Peter Watts
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Liczba stron: 160
Gatunek: hard science-fiction, fantastyka socjologiczna
Wydanie: Mag, Warszawa 2008
1 thought on “Poklatkowa rewolucja: jak w takiej sytuacji wznieść bunt? [recenzja] [archiwum]”