W 2016 roku Katarzyna Bonda była tylko trochę mniej popularna od Remigiusza Mroza. A skoro zapoznałam się z jego „Ekspozycją” to nadszedł czas również na książkę polskiej popularnej pisarki kryminałów. „Pochłaniacz” był jednak moją małą wtopą: przypadkiem kupiłam tylko pierwszy tom powieści, ponieważ kupiłam wydanie kieszonkowe. Udało mi się jednak skończyć całość. Czy ta przygoda skończyła się lepiej niż spotkanie z Mrozem?

W tej sprawie chodzi o coś więcej, niż o zabójstwo muzyka
W 1993 roku dochodzi do tajemniczej śmierci dwójki rodzeństwa. Ich sprawa zostaje nierozwiązana i porzucona, aż do czasu, gdy w 2013 roku profilerka Sasza Załuska wraca do kraju, po czym przypadkiem zostaje wplątana w sprawę kryminalną. Prędko okazuje się, że w sprawie chodzi o coś więcej niż tylko o zabójstwo znanego muzyka, a bohaterka postanawia odkryć, kto stoi za zbrodnią.
Jako że książka wpadła w moje ręce przez przypadek, nie miałam w stosunku do niej żadnych oczekiwań i wymagań. Ot, byłam ciekawa, bo pani Bonda pisze, bo nigdy wcześniej nie miałam z nią bliższego kontaktu i tyle. Koniec końców okazało się, że trafiła do mnie pozycja dobra, lecz nie wybitna, którą zapewne dość szybko zapomnę.
„Pochłaniacz” jest napisany lekko i poprawnie
Bonda ma dość… zwyczajny styl. Pisze poprawnie, w miarę lekko, ale nie za lekko. Jej opisy raczej się nie dłużą. Potrafi utrzymać napięcie, potrafi poprowadzić historię tak, by czytelnik się w niej nie zgubił, mimo że w „Pochłaniaczu” naprawdę szczegółów nie brakuje i niejeden autor mógłby się w tym wszystkim zaplątać. Ale nie pani Bonda! Historia jest klarowna, przemyślana i dobrze ułożona, a przy tym bardzo, ale to bardzo szczegółowa. Niemniej powieść nie zachwyca „magicznym brzmieniem” – wydaje się przy tym wszystkim dość szara. Czemu?
Myślę, że sporym problemem „Pochłaniacza” jest… przegadanie. Powieść ma prawie siedemset stron i sporą jej część zajmują opisy samej głównej bohaterki: opisy jej nałogu, jej córki, jej historii. I choć wielu osobom powinno się to spodobać, mnie – jako osobie, która za obyczajówkami nie przepada – raczej to nie ciekawiło. Przy okazji, choć Sasza jest postacią dobrze wykreowaną i mamy ją pod względem psychologicznym fajnie opisaną, to jest przy tym charakterem bardzo zwyczajnym.
Myślałam, że książka powie mi więcej o pracy profilerki
Wiedząc, że Załuska to profilerka, miałam nadzieję, że to na jej pracy skupi się historia. Niestety, ustalanie profilu sprawcy gdzieś ginie pod natłokiem spraw i tego, co dzieje się wokół. I choć niby ta historia w miarę ciekawi oraz jest dobrze poprowadzona, to w żadnym razie mnie nie zachwyciła. Była jak serial kryminalny w TV: niby można go obejrzeć, niby zainteresuje, ale w sumie jutro się o nim zapomni i do naszego życia kompletnie nic nie wniesie.
„Pochłaniacz” to niewątpliwie gratka dla tych, którzy szukają po prostu kryminału o dość klasycznej budowie – w miarę rozbudowanego, zwłaszcza jeśli chodzi o życie bohaterów poza pracą, dobrze poprowadzonego. Takim osobom zdecydowanie mogę go polecić. Być może i fani obyczajówek uznają powieść Bondy za bardzo dobrą i ciekawą. Dla mnie jednak to po prostu kolejna dość zwykła książka, przeciwko której nic nie mam, ale o której zapomnę lada dzień, gdy tylko sięgnę po kolejną. Ani mnie nie zachwyciła, ani szczególnie nie zniechęciła – odbieram ją po prostu zupełnie neutralnie.

Tytuł: Pochłaniacz
Tytuł serii: Cztery żywioły Saszy Załuskiej
Numer tomu: 1
Autor: Katarzyna Bonda
Liczba stron: 672
Gatunek: kryminał
1 thought on “Pochłaniacz: Profilerka na tropie [recenzja] [archiwum]”