W 2016 roku poznałam twórczość wielu polskich autorów: Andrzeja Pilipiuka, Jakuba Ćwieka czy Mai Lidii Kossakowskiej. Do tego grona dołączył też Jacek Komuda. „Czarna bandera” to zbiór pirackich opowiadań, które wypożyczyłam wówczas z biblioteki. Jak mi się podobały?

To moja pierwsza piracka książka
XVII wiek. Ciepłe wody, pełne Hiszpanów, piratów, złota i tajemnic.
Bo na statkach są szczury, widma pokutujących dusz, martwe ciała, ogrom martwych ciał, czarni niewolnicy, bożkowie, nieumarli i wskazówki, jak dostać się do drogocennych skarbów. I przygody. Cała tona niebezpiecznych i śmiertelnych przygód.
„Czarna bandera” to pierwsza typowo piracka książka, po jaką dane było mi sięgnąć. Zresztą to także pierwsza pozycja Komudy, jaka trafiła w moje ręce. Jak było? Trochę jak przy „Piratach z Karaibów”, tylko nieco ostrzej i nieco mniej kolorowo. Ale dalej… całkiem barwnie.
Nie uwielbiam historii, których akcja osadzona jest na statkach
Nie byłam, nie jestem i raczej nie będę fanką historii, których akcja dzieje się na statkach. Przepadam za szantami, ale filmy czy historie tego typu potrafią mnie nieco znudzić. I nie przeczę — nie bawiłam się przy „Czarnej banderze” doskonale. Ale dobrze? I owszem.
Zbiór opowiadań Komudy nie jest czymś najbardziej pomysłowym i zaskakującym, przynajmniej nie dla mnie, zwłaszcza że opowiadania mają często stosunkowo podobne motywy. Zresztą trudno by było inaczej… Morska podróż wymaga utrzymania pewnych schematów. Mimo to w swoich opowiadaniach autor tworzy bardzo przyjemny klimat. Klimat morskich opowieści, opowiadanych jakby przez starego pirata, który wspomina dawne dzieje i przygody. Tak, chyba mniej więcej tak odebrałam te opowiadania.

Styl Komudy jest przyjemny, ale…
Komuda ma całkiem przyjemny styl, choć czasem jego opisy mogą nieco nudzić, a przynajmniej ja potrafiłam się chwilami wyłączyć podczas czytania. Jasne, bez specjalistycznego słownictwa takie opowiadania by się nie obeszły i czasami musiałam dłużej pomyśleć nad niektórymi słowami, ale poza tym autor jest bardzo swobodny w tym, co robi. Przy tym pisze stosunkowo… surowo, mimo wszystko, bez nadmiernych emocji, i zachowuje przy tym dobry umiar, jeśli chodzi o przekleństwa, bijatyki czy wulgarność. Mimo tematu, przy którym łatwo z tym przesadzić, nie poczułam się ani na chwilę zniesmaczona opowiadaniami. Choć tak, są trochę brutalne — w tym przypadku inaczej się po prostu nie dało i nie da — wszystko jednak ładnie zgrywa się w całość i równoważy.
Opis na okładce mówi, że to bardzo męska literatura, a ja… nie powiedziałabym. To ładne opowiadania, nie wybitne, ale ładne i fajnie skonstruowane, a to, że o piratach i łodziach? Nie tylko mężczyźni lubują się w takiej tematyce…
Do tych bohaterów nie ma co się przywiązywać
W przypadku opowiadań liczy się raczej sama historia, a nie — głębocy bohaterowie, i to w historiach z „Czarnej bandery” dość wyraźnie widać. Bohaterów jest wielu, szybko się zmieniają — czy to przez śmierć, czy kolejne opowiadanie — i trudno się do nich przywiązać. W tym przypadku główną rolę naprawdę odgrywa przygoda, która ma miejsce w każdym z opowiadań. Który pomysł spodobał mi się najbardziej? Zastanawiałabym się nad dwoma opowiadaniami: „Oprawcą” i „Lodowym szkwałem”, gdybym naprawdę koniecznie musiała wybierać, jednak prawda jest taka, że wszystkie są do siebie bardzo zbliżone zarówno klimatem, stylem, jak i tempem akcji.
Polecam każdemu, kto ma ochotę na coś pirackiego — jestem pewna, że „Czarna bandera” to naprawdę fajna lektura dla takich właśnie osób. Inni też raczej spokojnie mogą po nią sięgać, niemniej — jak wspominałam — sama specyfika słownictwa może sprawić, że czytanie będzie nieco trudniejsze niż zwykle.

Tytuł: Czarna bandera
Autor: Jacek Komuda
Liczba stron: 384
Gatunek: zbiór opowiadań fantasy
2 thoughts on “Czarna bandera: Na pohybel skurwysynom! [recenzja] [archiwum]”