Skip to content

Fantastyka Codzienna

Portal o fantastycznych książkach, filmach i kulturze

Menu
  • Literatura fantastyczna
    • Aktualności książkowe
    • Recenzje
  • Kultura fantastyczna
    • Fantastyczne filmy i seriale
      • Recenzje filmów i seriali
    • Fantastyczne gry
      • Recenzje gier
    • Komiksy fantastyczne
      • Recenzje komiksów
    • Wydarzenia fantastyczne
  • O redakcji
    • Kontakt
Menu

Dzień tryfidów: Gdy Ziemia oślepła [recenzja] [archiwum]

Opublikowano 3 lipca, 2017

„Dzień tryfidów” to jeden z klasyków SF, napisany w latach 50. XX-wieku. Jest chyba wciąż dość rozpoznawalny, choć ja w 2017 roku zaczęłam go czytać raczej z przypadku: znajdował się w rodzinnej biblioteczce mojego ówczesnego chłopaka. Jak mi się podobał?

Spis treści:

Toggle
  • Rośliny zaczynają siać spustoszenie
  • To pierwsza powieść Johna Wyndhama
  • Bill wzbudza sympatię
  • W latach 50. ta powieść pewnie była świeższa w odbiorze
Dzień tryfidów

Przeczytaj więcej o literaturze postapokaliptycznej!


Rośliny zaczynają siać spustoszenie

Lata 50. XX wieku. USA zestrzeliły rosyjski samolot wiozący nasiona zmutowanych, chodzących roślin, tryfidów. Początkowo sieją spustoszenie, jednak udaje się je opanować i wykorzystać.

Bill jest biologiem i zajmuje się tryfidami. Przez wypadek trafia do szpitala akurat w dniu, gdy na niebie widać przepiękne komety. Gdy budzi się następnego ranka, odkrywa, że wszyscy poza nim oślepli. Jakby tego było mało, prędko okazuje się, że niebezpieczne rośliny opuściły swoje plantacje i zaczynają atakować ludzi…

To pierwsza powieść Johna Wyndhama

Napisany w latach 50. „Dzień tryfidów” był pierwszą powieścią Johna Wyndhama – autor wcześniej tworzył głównie opowiadania. Mimo że książka ma swoje lata, już na początku muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła i naprawdę dobrze, choć krótko, się przy niej bawiłam.

Ta postapokaliptyczna czy może raczej – katastroficzna – powieść nie jest być może dziełem sztuki napisanym z niezwykłym kunsztem, ale naprawdę sprawdza się całkiem nieźle. Już sama narracja zaskakuje swoją lekkością: książka napisana jest w pierwszej osobie, bez zbędnego naukowego trajkotania, ładnie wyjaśniając, co, jak i gdzie w tym świecie się podziało. Mimo upływu lat powieść nie zestarzała się także, jeśli chodzi o wynalazki: to ten rodzaj science fiction, w którym w gruncie rzeczy nie ma ich zbyt wiele, a stworzenie zmutowanych roślin, chorób czy czegokolwiek innego było możliwe zarówno wtedy, jak i teraz. Sprawia to, że narratorowi da się łatwo uwierzyć w to, co mówi, i po prostu wczuć się w jego sytuację.

Bill wzbudza sympatię

Sam narrator właśnie, czyli nasz główny bohater, Bill, nie jest może najbardziej charyzmatycznym czy wyjątkowym facetem na ziemi, ale zdecydowanie wzbudza sympatię. Stara się myśleć logicznie, ale z drugiej strony jest tylko dość młodym człowiekiem, który próbuje poradzić sobie z nieprzyjemną sytuacją. Bohaterowie drugoplanowi, których jest dość sporo jak na tak krótką książkę, są w miarę sensownie zarysowani, mimo że nie mają często wiele miejsca na kartkach powieści. Oczywiście nie ma co się spodziewać tu wybitnej psychoanalizy, ale książka naprawdę daje radę pod tym względem.

Pod względem fabularnym to dość typowy, amerykański akcyjniak, choć bez nadmiaru rozlewu krwi. Mamy katastrofę, mamy jakiś problem do rozwiązania, romans, próbę uratowania się i jakieś przygody wokół. Szczerze mówiąc, najbardziej zajmujący był dla mnie początek powieści, w której Bill wyjaśniał, o co chodzi, i odkrywał, co się dzieje, oraz samo zakończenie: to, co działo się pomiędzy, często wydawało mi się takim jeżdżeniem od punktu A do punktu B. Niemniej „Dzień tryfidów” to na tyle krótka książka, że nie dłużyło mi się to jakoś specjalnie.

W latach 50. ta powieść pewnie była świeższa w odbiorze

By nie było, to nie jest zupełnie płaska i pusta powieść! Bohaterowie chwilami naprawdę prawią niegłupie rzeczy, a sama sytuacja może do pewnego stopnia zmusić do myślenia, choć wydaje mi się, że w latach 50. mogła robić większe „wow” – dziś podobnych historii znamy po prostu mnóstwo, a przynajmniej mnie wielkie, chodzące rośliny nie straszą, a raczej wzbudzają uśmiech. Może nie w trakcie samego czytania (bo powieść utrzymana jest w dość poważnym klimacie), ale gdy teraz sobie o tym pomyślę, to… widzicie, jakoś łatwiej uwierzyć mi w wirusa z „Jestem legendą” niż w dzikie, łażące kwiatki z jadem 🙂

Książka może okazać się miłą ciekawostką dla fanów literatury postapokaliptycznej i takim osobom naprawdę ją polecam. Innym może się po prostu wydać za mało istotna, niemniej ja sama spędziłam przy niej miłe chwile.


Coker wciąż się w nią wpatrywał, jak gdyby się nad czymś zastanawiając.

– Więc po prostu siedzieliście w ciemnościach – stwierdził. – A jak długo, zdaniem pani, utrzymacie się przy życiu, jeśli będziecie siedzieć w ciemnościach, zamiast coś zdziałać?

Ton Cokera dotknął dziewczynę do żywego.

– Nie moja wina, że nie znam się na takich rzeczach.

– Nie zgodzę się z panią – oświadczył Coker. – To nie tylko pani wina, to wina, którą pani sama pogłębia. Co więcej, jest to obłudna poza. Uważa się pani za istotę zbyt uduchowioną, aby znać się na jakiejś tam machince. Marna i bardzo niemądra forma próżności. Każdy człowiek zaczyna od tego, że o niczym nic nie wie, ale Bóg dał mu – a nawet jej – mózg, żeby się dowiedział. Niechęć do używania mózgu nie jest przynajmniej chwalebną cnotą; nawet u kobiet jest błędem godnym pożałowania.

Fragment „Dnia tryfidów” Johna Wyndhama

Dzień tryfidów

Tytuł: Dzień tryfidów

Autor: John Wyndham

Liczba stron: 229

Gatunek: postapokalipsa

Autor: Aleksandra Brzezińska

Tagi: fantastyka naukowa, literatura amerykańska, Literatura postapokaliptyczna, Wydawnictwo Iskry

2 thoughts on “Dzień tryfidów: Gdy Ziemia oślepła [recenzja] [archiwum]”

  1. Pingback: Maszyna Szeherezada: Opowieści snute przez mechanizm [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna
  2. Pingback: Wodny Nóż: W czasie wielkiej suszy [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ostatnie posty

  • Specjalistka od słoni szkoli mamuty. „Ciosy zagłady” Raya Naylera [recenzja]
  • „Papierowy Mag” Holmberg wcale nie jest o origami. Mormonka i jej powieść fantasy [recenzja]
  • „Daleka droga do małej, gniewnej planety” Chambers to przykład cozy SF [recenzja]
  • Edycja limitowana „Death Note” już (i tylko) w przedsprzedaży
  • Vesper wyda Robin Hobb. Niedługo wznowienie „Ucznia skrytobójcy” 

Alternatywna historia dark fantasy Dom Wydawniczy Rebis Dystopia fantastyka naukowa fantastyka socjologiczna fantasy fantasy historyczne high fantasy horror komedia kryminał kryminał fantastyczny kryminał fantasy literatura amerykańska literatura brytyjska literatura dziecięca literatura faktu literatura historyczna literatura młodzieżowa literatura niemiecka literatura obyczajowa literatura polska Literatura postapokaliptyczna literatura przygodowa przygodowe fantasy retellingi i baśnie romans romantasy science fantasy Smoki space opera steampunk thriller urban fantasy Wydawnictwo Dolnośląskie Wydawnictwo Fabryka Słów Wydawnictwo Mag Wydawnictwo Muza Wydawnictwo Powergraph Wydawnictwo Prószyński i S-ka Wydawnictwo SQN Wydawnictwo Uroboros Wydawnictwo Zysk i S-ka zbiór opowiadań

©2026 Fantastyka Codzienna | Design: Newspaperly WordPress Theme