„Szklany Tron” miał być wyjątkowy. Nawet dzisiaj, w 2026 roku, kiedy przenoszę ten wpis z poprzedniego bloga, to niezwykle lubiana i popularna powieść. Ja jednak wcale nie zachwycałam się tą książką, gdy czytałam ją w 2016 roku. Co mi się nie podobało?
Historia fantasy o niezwykłej zabójczyni
Znana na całym świecie zabójczyni, Celaena Sardothien, zostaje złapana i osadzona w więzieniu przypominającym do złudzenia obóz pracy. Po roku odwiedza ją niezwykły gość, stawiając przed nią ultimatum: albo spędzi resztę życia zniewolona, albo weźmie udział w konkursie o miano królewskiego zabójcy, którego zwycięstwo zagwarantuje jej wolność… po czasie wykonania służby, rzecz jasna.
Wybór Celaeny jest prosty. Chce żyć. Podejmuje się więc zadania, pewna swojego zwycięstwa.
Tak, „Szklany Tron” to lepsza książka od na przykład znanej sporej rzeszy czytelników „Czerwonej Królowej”. Ale nie, to nie jest historia, którą pokochałam i będę uwielbiać. Zdecydowanie nie! Oj tak, książka Maas zalicza się do tych, nad którymi mam szczerą ochotę się trochę wyżyć (znowu <3).
„Szklany Tron” nie ma odpowiedniego tytułu
Zacznijmy od… stylu. Skoro mamy historię o zabójczyni, przydałoby się, aby tekst był w miarę mroczny, utrzymywał gęsty klimat. Jak to jednak bywa z tłumaczeniami, tekst jest czysty niczym łza, banalny, prosty. Nie ma w nim zupełnie nic nadzwyczajnego. Czyta się go szybko, jasne, ale też nie buduje żadnej ciekawej otoczki wokół historii. A gdy nawet myślałam, że uda mi się w pełni w tę historię wciągnąć, autorka skutecznie niweczyła mi tę nadzieję, wrzucając na przykład słowo… dziewczyna. Które nijak do największej zabójczyni na świecie nie pasuje, nie sądzicie?
Te postacie nie są szczególnie wiarygodne
Skoro już o dziewczynie mowa, przejdźmy do głównej bohaterki. Ma osiemnastkę. Mając siedemnaście lat, trafiła do więzienia. Do tej pory, tj. do siedemnastego roku życia, nauczyła się biegle władać różnymi rodzajami broni, np. sztyletem, mieczem, łukiem, różnymi kijami i młotami, generalnie: wszystkim, co może wpaść jej w ręce. Poza tym czyta. Uwielbia czytać i czyta dużo. Gra na instrumentach. Jako tako zna etykietę, no i co najważniejsze, w ciągu paru lat zdobyła tytuł najlepszej zabójczyni, jaka chodzi po świecie. Ach, zapomniałabym, zna biegle co najmniej dwa języki. Naprawdę… ona ma osiemnaście lat i takie umiejętności i osiągnięcia? Przepraszam, ale nie jestem w stanie w to uwierzyć. Szczególnie że czytając, wcale nie widziałam zabójczyni, jaką podobno jest. Widziałam naprawdę tępą, butną nastolatkę, która z ledwością hamuje napady agresji i nie rozumie najprostszych forteli, o wszystko musząc się wykłócać. No dobrze, przynajmniej na taką chce kreować ją Maas, bo to też nie do końca jej wychodzi… Ostatecznie od powieści dostajemy nieco irytującą, ale w miarę delikatną i nijaką dziewczynkę, która ma być naszą główną bohaterką.
Pozostałymi postaciami autorka też nie ma się co szczycić. Dorian, książę, który daje Zabójczyni szansę wydostania się na wolność, wcale nie wygląda na następcę tronu. Tak jak i Celaena jest jeszcze trochę niedojrzałym dzieciakiem, który zdaje się nie mieć bladego pojęcia o polityce i przy tym marzy sobie o związku z miłości, nie z przymusu! Ma państwo w czterech literach, na wojaczce też zdaje się średnio znać… I choć nie jest tak irytujący, jak chwilami potrafi być Zabójczyni, to jednak ma swoje za uszami. Chaol, Kapitan Gwardii, jest chyba postacią, w którą najłatwiej mi uwierzyć, niemniej jest dość szary i nijaki. Najbardziej irytująca okazała się jednak nie Zabójczyni, nie ludzie jej najbliżsi, a… pewna drugoplanowa postać, która była całkiem typową, cholernie irytującą i źle poprowadzoną królową pszczół. Niemniej wolę więcej czasu jej nie poświęcać, bo szczerze mówiąc, chyba nie ma po co. Jej jedyną rolą w tej historii zdaje się być irytowanie czytelnika.
Ten świat fantasy jest płytki
Co jeszcze w historii pani Maas nie wypaliło? Budowa świata przedstawionego. Nie dość, że pokazany jest dość płytko, to na dodatek jej odmiana rasy ludzkiej zdaje się być zdecydowanie podrasowana. Czemu? Ano wyobraźcie sobie teraz dziewczynę, która bazuje na swojej lekkiej budowie ciała i zwinności, którą ktoś wkłada do więzienia i każe jej przez rok pracować w okropnych warunkach z kilofem w ręce. Już pomijając, że prawdopodobnie by go nie udźwignęła, jest bita, poniżana, żyje o chlebie i wodzie… i dalej ma siłę na bunt. Ale dobrze, powiedzmy, że tu jestem w stanie przymknąć na to oko. Tyle że chwilę później, gdy z więzienia wychodzi, chudziutka i słabiutka, spędza dwa tygodnie na końskim grzbiecie, w podróży… nie mdlejąc przy tym ani razu z wycieńczenia i będąc właściwie zupełnie zdrową, mimo że wyszła z siedliska chorób. Tak na marginesie, tego właśnie nie lubię w amerykańskiej literaturze: na naszych terenach istnieje wizja obozów pracy. Wiemy, jak to wyglądało, żyjemy tym w pewnym sensie i dzięki temu powieści Polaków potrafią dobrze oddać brutalność. A Amerykanie? Cóż… dla nich to zdaje się być całkowitą abstrakcją.
Ale wracając jeszcze na chwilę do świata pani Maas! Wyobrażacie sobie zabójców, miecze, szable, gwardię królewską… i bilard? No ja nie. A w tej powieści jest bilard. I psy z kokardką, ale o tym… o tym może rozpisywać się nie będę.
Fabularnie nie jest idealnie, ale daje radę
Fabularnie — poza logicznymi błędami wynikającymi ze złego przedstawienia świata — jakoś tam wyszło. Nie jest genialnie, szczególnie że USA obecnie chyba choruje na schematy dotyczące turniejów i igrzysk, zagadka, którą dostajemy, jest wręcz banalnie prosta, ale… całość czyta się bardzo łatwo i szybko. Nawet obecny wewnątrz wątek miłosny nie jest jakoś szczególnie męczący. Ot, dostajemy zwyczajne czytadło na góra dwa–trzy dni, które spokojnie pozwoli nam się odstresować po ciężkim dniu pracy albo szkoły.
Być może nie oceniałabym tej historii tak ostro, gdyby nie fakt, że nie jest promowana jako młodzieżówka (a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie), a pełnowartościowe fantasy… Niestety do tego tytułu trochę mu brakuje. Historia zdecydowanie spodoba się osobom, które nie czepiają się szczegółów i chcą po prostu fajnej książki z masą akcji oraz młodą bohaterką. Jeśli więc zaczytujecie się w fantastyce młodzieżowej, spokojnie możecie po „Szklany Tron” sięgnąć. A jeśli nie? Spróbujcie, może Wam przypadnie do gustu, niemniej nie obiecuję, że się Wam spodoba.

Tytuł: Szklany Tron
Tytuł serii: Szklany Tron
Numer tomu: 1
Autor: Sarah J. Maas
Liczba stron: 520
Gatunek: high fantasy / młodzieżowa fantastyka
1 thought on “Szklany Tron: Walcząc o wolność [recenzja] [archiwum]”