„Metro 2034” to pierwsza książka, jaką przeczytałam w 2016 roku. Z tego co pamiętam, dostałam ją na święta od mojego ówczesnego chłopaka. Czy też raczej był to dodatek do prezentu, bo ten egzemplarz dostał chyba po kimś w spadku, podobnie jak pierwszy. Jak podobał mi się powrót do świata Głuchowskiego?

Nie planowałam tak szybko wracać do świata „Metra 2033”
Tak jak nie sądziłam, że będę czytać pierwszy tom, tak samo niespodziewanie w moje ręce wpadł drugi 🙂 „Metro 2034” zostało pierwszą książką, jaką przeczytałam w 2016 roku.
Pierwsza część „Metra” wywołała u mnie niemały zachwyt. Styl, fabuła, świat… wszystko idealnie się ze sobą zgrywało i po prostu chciałam więcej. Dlatego też, gdy nadarzyła się okazja, od razu sięgnęłam po kontynuację, stawiając jej jednak dość wysoko poprzeczkę.
To zupełnie inna opowieść niż tom pierwszy

Metro 2034 przynajmniej pozornie nie ma wiele wspólnego z częścią pierwszą. Poznajemy w niej Homera — starszego mężczyznę, któremu wybuch atomowego konfliktu odebrał wszystko. Od tamtej pory wykonuje sumiennie swoje obowiązki w metrze, głęboko w sobie kryjąc marzenie o napisaniu powieści, wielkiego eposu, który pozna każdy żyjący w jego świecie. Gdy pewnego dnia karawana transportująca towary do jego stacji znika, a kontakt z sąsiednią urywa się, tajemniczy Hunter zgłasza się, aby zbadać sytuację. Wraz z nim w podróż wyruszyć ma Homer oraz młody Ahmed. Wkrótce odchodzą. Nikt z żyjących nie spodziewa się zobaczyć ich już żywych.
Glukhovsky znów zachwyca lekkim stylem, klimatycznymi, celnymi porównaniami oraz niezwykle żywym światem. „Metro 2034”, podobnie jak poprzednia część, może wciągnąć i skończyć się niezwykle szybko. Poza tym nie raz odnosiłam wrażenie, że to nie sama linia fabularna jest tu najważniejsza, a to, co dzieje się wokół. Autor znów wypełnił treść legendami, historiami pojedynczych jednostek, opisami zniszczonej Ziemi i bólem tych, którzy przeżyli. To sprawia, że sama podróż przez jego uniwersum jest czymś niezwykłym — mamy wrażenie, że trafiamy do realnego świata, a nie odseparowanej, płaskiej rzeczywistości.
To dalej ciekawy świat, ale… słabsza fabuła
Choć świat dalej jest niezwykły, a bohaterowie dobrze skonstruowani, kontynuacja jest jednak zdecydowanie słabsza od pierwszej części. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie przepada za drugim tomem przez nikły wątek dotyczący Artema, bohatera pierwszej części, jednak myślę, że nie to stanowi sedno problemu, jaki ma „Metro 2034”.
Pierwszy tom był czymś zupełnie zaskakującym — nowym, świeżym. Świat chciało się poznawać, fabuła zachwycała zmiennością i tempem akcji, za każdym rogiem czaiła się nowa przygoda. W tej części Glukhovsky jakby trochę się rozleniwił. Wykorzystuje te same schematy, przez co dość łatwo przewidzieć, co się stanie dalej. I choć sama akcja cały czas trwa, może znudzić mniej wytrwałych czytelników.
Ta powieść jest dobrą, lecz nie genialną kontynuacją „Metra 2033”. Oczywiście dla fanów uniwersum jest to lektura obowiązkowa i nie wątpię, że ją polubią, ale jeśli ktoś po lekturze pierwszego tomu nie był zachwycony, nie ma co liczyć, że druga część znacząco zmieni opinię. No, chyba że akurat dostrzeże w niej coś, czego nie mogłam dostrzec ja 🙂

Tytuł serii: Uniwersum Metro 2033
Tytuł: Metro 2034
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 480
Gatunek: fantastyka postapokaliptyczna
1 thought on “Metro 2034: Powrót do post-apokaliptycznych stacji [recenzja] [archiwum]”