„Metro 2035” pojawiło się na mojej półce w 2016 roku, w wydaniu limitowanym. Poprzednie dwie części, czyli „Metro 2033” i „Metro 2034” miałam już za sobą, więc szybko zabrałam się za lekturę. Napisałam wówczas poniższą recenzję, która została wyróżniona w konkursie na Taniej Książce, dzięki czemu w mojej biblioteczce pojawiła się książka Aghaty Christie. Jak mi się podobało „Metro 2035”?

Artem szuka kontaktu z ocalałymi
Pogrążony w złym nastroju Artem co dzień wychodzi na powierzchnię, szukając kontaktu z ocalałymi. Gdy na jego stacji pojawia się Homer, chcący dowiedzieć się, co stało się dwa lata temu, stalker prawie go zbywa… jednak w chwili, w której dowiaduje się, że starzec wie coś o żywych ludziach poza Metrem, wyrusza wraz z nim, aby odnaleźć pewnego radiotelegrafistę.
Pierwsza część trylogii sprawiła, że uznałam postapokalipsę za gatunek, który jednak może być fajny. Druga wypadła w moich oczach zdecydowanie gorzej: zdawała się być powtórką z części pierwszej, jedynie z innymi bohaterami. Nie wiedziałam więc, czego spodziewać się po zakończeniu serii i podeszłam do niej w miarę neutralnie. Prędko okazało się jednak, że nie miałam się kompletnie czego obawiać. Choć „Metro 2035” zdecydowanie odstaje od dwóch poprzednich części, to jest nie gorsze od tomu pierwszego.
To historia podróży przez moskiewskie metro
„Metro 2035” zaczyna się standardowo. Dwójka głównych bohaterów — Artem, poznany w pierwszej części, oraz Homer, główny bohater tomu drugiego — wyruszają, szukając legendarnego ratunku dla mieszkańców metra: innych miejsc na świecie, w których człowiek przeżył. Tak jak i w poprzednich częściach wędrują, a w czasie ich wędrówki bezustannie coś idzie nie tak. Dość długo myślałam, że tak właśnie będzie wyglądał cały trzeci tom. A później… później wszystko zaczęło się zmieniać.
Opisy tuneli i legendy tak powszechne w metrze powoli zaczęły odchodzić na drugi plan, pozwalając wejść na główną scenę… polityce.
Przez dwa pierwsze tomy autor budował świat, kreował go, mamił czytelnika — a w ostatnim pokazuje, że wszystko, co stworzył, miało tak naprawdę większy sens, głębszy podtekst. Sam klimat Metra nie jest tu już aż tak odczuwalny, ale właśnie dlatego, że autor potrzebuje masy stron, aby to wszystko w ciekawy sposób przed czytelnikiem odkryć i wyjaśnić.

Bardzo lubię styl tego autora
Uwielbiam styl Glukhovsky’ego. Naprawdę, uwielbiam. Nie wiem, na ile w tym jest autora, a na ile tłumacza, ale „Metro 2035” po prostu świetnie mi się czytało. Tom drugi potrafił mnie nieco przynudzać przez opisy, których było nieco za dużo, tu jednak niczego takiego nie odczułam. Zakończenie serii to dobrze napisana, pełna akcji historia, w której dzieje się aż za dużo.
Samych bohaterów mamy całkiem sporo. Tom pierwszy i drugi zazębiają się, tworząc spójną całość. Kto wolał Artema i stalkerów — dostał ich. Wolisz Homera i Saszę? Spoko, oni też się tu pojawią. Czy tak, jak sobie tego wymarzyłeś? Niekoniecznie, ale jednak — są. Żyją swoim życiem i podejmują decyzje, niekoniecznie właściwe, ale zawsze z konkretnych, zwykle logicznych powodów. Bohaterowie to zdecydowanie kolejny mocny punkt tej historii.
„Metro 2035” ma dobre zakończenie
Zakończenie „Metra 2035” było dla mnie z jednej strony nieco bolesne, z drugiej… było po prostu dobrym wyjściem z sytuacji. Inaczej, lepiej — chyba się po prostu nie dało. Nie chcę jednak pisać więcej na ten temat z oczywistych powodów.
Jeśli nie czujecie polityki, jeśli chcecie samego wędrowania po metrze i tony przygód oraz mutantów: zostawcie „Metro 2035”. Naprawdę, możecie sobie zniszczyć tym opinię o całej serii. Ale… jeśli tylko nie macie nic przeciwko gierkom przywódców i lubicie to obserwować, „Metro 2035” może być dla Was wręcz doskonałym kawałkiem literatury i wręcz musicie po nie sięgnąć. Zdecydowanie warto było przebrnąć przez nieco nudniejsze „Metro 2034” dla właśnie takiego zakończenia trylogii.
Żyć znaczyło teraz dla niego, by choć na krótko, choć przez pół godziny, choć przez dziesięć krótkich minut — ot tak, w zwykłym ubraniu, bez ciasnej gumy — iść o północy ulicą, tak jak szedł z mamą za rączkę dwadzieścia lat temu; jak dwadzieścia lat temu chodzili wszyscy.
Albo jak dwadzieścia siedem lat temu, ale być może podczas takiej samej nocy, a nawet tą samą ulicą, szła jego mama, młoda i koniecznie piękna, obejmując się z bezimiennym ojcem jeszcze nieistniejącego Artema. Kim on był? Co jej mówił? Dlaczego odszedł? Na kogo wyrósłby Artem, gdyby ojciec został?
Fragment z książki „Metro 2035” Dmitry’ego Glukhovsky’ego.

Tytuł serii: Metro 2033
Tytuł: Metro 2035
Numer tomu: 3
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 546
Gatunek: post-apokalipsa
1 thought on “Metro 2035: Jeśli nie my, to kto? [recenzja] [archiwum]”