„Metro 2033” trafiło do mnie jakąś zwiłą ścieżką. Mój były chłopak dostał tę książkę od swojego przyjaciela, który dostał ją od swojej dziewczyny, a kiedy zerwali, oberwał przyszłym moim egzemplarzem i potem nie chciał go widzieć. Czy jakoś tak to szło. Pamiętam, że czytałam tę książkę w pociągu, wracając przez całą Polskę z wakacyjnego wyjazdu właśnie do mojego ówczesnego chłopaka. I potem oczywiście: napisałam o niej recenzje. Co sądziłam o niej w 2015 roku?
Nie planowałam sięgać po „Metro 2033”
O tej książce słyszałam już dawno, nie sądziłam jednak, że szybko ją przeczytam. Skoro wszyscy i tak już ją znają, a moje pierwsze spotkanie z autorem zdecydowanie nie było udane, to po co mam męczyć samą siebie i po nią sięgać? Los jednak chciał, by jeden z tomów trafił w moje ręce…
Świat zniszczony przez konlikt atomowy
Świat został zniszczony przez konflikt atomowy. Ci nieliczni, którzy go przeżyli, wiodą życie w moskiewskim metrze, które dzięki swojej konstrukcji pozwoliło im przetrwać. Mamy 2033 rok.
Artiom nie pamięta już świata na powierzchni — katastrofa miała miejsce, gdy był zaledwie kilkuletnim dzieckiem. Jest sierotą, którym zaopiekował się jeden z wojskowych. Mieszka na stacji WOGN, gdzie zaczyna dziać się coś złego… Do pilnie strzeżonego wyjścia podchodzą Czarni, budząc we wszystkich strach. Jako młody i silny mężczyzna Artiom dostaje ważną misję — poinformować Polis, stolicę metra, o tym, co dzieje się na granicach. Jednak wędrówka ciemnymi korytarzami wcale nie jest taka prosta…
Dystopia to nie jest coś, co lubię
Wyjaśnijmy sobie jedno — nie lubię dystopii. Nienawidzę tego wszechogarniającego głosu, który mówi: „to już koniec ludzkości, nie ma nic, nic się nie zmieni, tu nie da się przetrwać”. Dlatego gdy otworzyłam „Metro 2033” i przeczytałam kilka pierwszych stron, poczułam się tym strasznie przytłoczona. Miałam świadomość, że powieść czyta się szybko i płynnie, że całość zdaje się być dobrze skonstruowana… ale to poczucie bliskości końca nie dawało mi spokoju. Ale skoro zaczęłam, jak mogłabym nie skończyć?
Dobrze, że nie zrezygnowałam. O ile na początku rzeczywistość „Metra 2033” wydawała mi się bardzo realna i przytłaczająca, o tyle im dalej brnęłam, tym bardziej czułam się jak w jakimś fantastycznym świecie, a nie na naszej zniszczonej bombami nuklearnymi Ziemi.
To bardzo dobra historia. Naprawdę. Inteligencja Glukhovsky’ego zadziwia. Sam styl autora nie budzi zastrzeżeń — powieść, mimo że ma sporo stron, wcale się nie dłuży, czyta się ją lekko, ale mimo to nieraz można się zdziwić błyskotliwymi porównaniami narratora.
Nie znalazłam wad w powieści Głuchowskiego
Nie jest to jednak jedyny plus tej pozycji. Ba — minusy? Chyba takich nie znalazłam. Bohaterowie są bardzo dobrze skonstruowani. Artiom, mimo młodego wieku, ma głowę na karku, choć popełnia też błędy, a ci, których spotyka w czasie swojej wędrówki (a jest ich naprawdę wielu), również są ciekawi i niezwykle różnorodni.
Fabularnie — mistrzostwo. Dawno zakończenie powieści tak mnie nie zaskoczyło. Zwrotów akcji tu nie brakuje, w „Metrze” bezustannie coś się dzieje i nawet jedyny minus, jaki mogłabym wskazać, to właśnie nadmiar wszystkiego. Każdy rozdział przynosi nową przygodę, nowe wydarzenie, niekoniecznie mocno powiązane z głównym wątkiem, ale nadal ciekawe i wciągające.
To ciekawa kreacja świata przedstawionego w SF
Kreacji świata też nie mogę nic zarzucić. Tak, jest brudny, dołujący, cuchnący. Szczury są praktycznie wszędzie, nie brakuje też faszystów czy komunistów próbujących odbudować świat na starych zasadach. Ale mimo to — a może właśnie dlatego — jest niezwykle ciekawy. Glukhovsky dopilnował, aby jego uniwersum było tajemnicze, ale jednocześnie niepozbawione szczegółów, własnych mitów i legend, których naprawdę wiele możemy znaleźć w powieści. Dzięki nim świat zdaje się żyć i nabiera realności.
Strach w metrze jest wszechobecny. Ludzie są biedni, ledwo udaje im się przeżyć, robią wszystko, byle przetrwać. Wierzą w to, co im się podsunie — byle mieć jakiś cel. Czytelnik może się w tym nieźle pogubić: kto w końcu ma rację? Które legendy są prawdziwe, a które nie? Nieraz irracjonalne wybory są tu na porządku dziennym i nic w tym dziwnego — jak można myśleć logicznie, próbując odbudować nieistniejący już świat?
Chyba nie mogę zrobić nic innego, jak polecić tę książkę tym, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli, bo szkoda przegapić coś tak dobrego. I choć nadal uważam, że dystopie nie są dla mnie, ta zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Tytuł serii: Uniwersum Metro 2033
Tytuł: Metro 2033
Autor: Dmitry Glukhovsky
Liczba stron: 597
Gatunek: fantastyka postapokaliptyczna
3 thoughts on “Metro 2033 [recenzja] [archiwum]”