Gdy czytałam go po raz pierwszy w gimnazjum w 2012 roku, „Czarnoksiężnik z Archipelagu” wydał mi się opowieścią dla dzieci. Przy ponownej lekturze w 2016 roku odkryłam jednak, że chyba trochę dorosłam od tamtego czasu. Co sądziłam wówczas o tej powieści Ursuli Le Guin?

Krogulec nie zawsze był potężnym czarnoksiężnikiem
Już od kilku postów na blogu nie pojawiła się recenzja, ale mam nadzieję, że nie nudziliście się przez ten czas 🙂 Jak zapowiadałam, dziś oficjalnie otwieram cykl pięciu recenzji dotyczących cyklu „Ziemiomorze”.
Wielki czarnoksiężnik, zwany Krogulcem, nim stał się kimś potężnym, był tylko małym chłopcem: nazywał się Duny i mieszkał na wyspie Gont, położonej w archipelagu Ziemiomorza. Gdy odkrywa swoje zdolności, opiekę nad nim przejmuje jego ciotka, wiejska czarownica, ucząc go wszystkiego, co sama potrafi. Do czasu… Gdy wieś, w której mieszka Duny, zostaje zaatakowana, chłopiec ujawnia swoją moc, zwracając na siebie uwagę pewnego czarnoksiężnika, który oferuje mu naukę.
Brzmi całkiem znajomo, prawda? 🙂 I zresztą znajome jest. „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, jak na klasyczną fantastykę przystało, posługuje się uwielbianymi przez większość schematami. No, przez większość, bo ja do nich zdecydowanie się nie zaliczam. Mimo to tej powieści nie mam zamiaru stawiać na równi z podobnymi historiami. Czemu? Bo choć rzeczywiście trzyma się znanych nam schematów, ma w sobie coś, co czyni ją wyjątkową.
To pięknie napisana opowieść
Przede wszystkim – styl. Zwykle powieści tego typu kierowane są w zasadzie wyłącznie do młodszych czytelników, przez co napisane są bardzo prostym, przystępnym językiem. „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest napisany zupełnie inaczej. Jak? Pięknie. Po prostu pięknie. Tę część tłumaczył nasz polski poeta, Stanisław Barańczak, i tę poetyckość oraz delikatność naprawdę da się w tej powieści zauważyć. Dzięki temu książka brzmi niemal jak pieśń, choć czyta się ją nieco wolniej i być może nieco trudniej niż zwykle podobne historie. Przy tym wszystkim Ursula Le Guin opowiada nam historię jakby z boku – taki zabieg sprawia, że dialogów jest niewiele, nie wchodzimy głęboko w głowy i uczucia bohaterów, a raczej obserwujemy ich działania. Taki sposób pisania przypomina mi nieco legendy, które podobnie prowadzą nas przez swoją opowieść. „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest więc pięknie napisaną baśnią, która – jak na baśń przystało – jest dość oszczędna i obiektywna w ocenie czynów swoich bohaterów.
Nie tylko stylem powieść przypomina dzieła Andersena czy braci Grimm. Sprytnie wykorzystywane przez autorkę schematy sprawiają, że zawiera morały typowe dla tego gatunku. Z tego powodu jest to historia o dwóch warstwach: jedna to po prostu opowieść o Krogulcu i jego drodze do zostania czarnoksiężnikiem, druga zaś to historia dorastania młodego człowieka. Opowiada o ciekawości świata i dumie młodych ludzi, o zawiści, próbie bycia najlepszym i błędach, które z tego wynikają, a także o dojrzewaniu i podejmowaniu właściwych decyzji. Nie jest to może coś nadzwyczaj odkrywczego, ale potrafi przywołać sporo nostalgicznych wspomnień i pozwala utożsamić się z głównym bohaterem, przynajmniej do pewnego stopnia.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” nie skupia się na kreacji bohatera
Przez styl Le Guin i niewchodzenie zbyt głęboko w osobowości bohaterów nie są oni szczególnie rozbudowani. To znaczy – cały czas się rozwijają, mają cechy charakterystyczne i umiejętności, jednak to nie budowa ich głębokich charakterów była głównym celem autorki. Jej postacie mają pokazać nam pewne cechy, które kiedyś mieliśmy, mamy lub być może będziemy mieć, oraz skutecznie wykonać zadania, jakie przed nimi stawia.
Sama historia nie jest czymś bardzo zaskakującym – w zasadzie już na początku możemy mniej więcej przewidzieć, jakie będzie zakończenie. Ale mimo wszystko podczas lektury coś ciągnie nas do ostatnich stron i zmusza, by poznać finał.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” to naprawdę dobry wstęp do cyklu: pozwala nam poznać młodzieńcze lata głównego bohatera, zżyć się z nim i zakochać w pięknie tej historii. Nie sądzę jednak, aby spodobał się każdemu. Choć fani fantastyki, tacy z krwi i kości, powinni ją przynajmniej docenić, osoby przyzwyczajone do historii napisanych bardzo lekkim piórem może najzwyczajniej w świecie zmęczyć. Mimo wszystko myślę, że nikt, kto sięgnie po tę książkę, aby poznać jej treść, nie będzie żałował. Nie jest długa, a baśniowa otoczka powinna odpowiadać również tym, którzy na co dzień nie czytają fantastyki.

Tytuł serii: Ziemiomorze
Tytuł: Czarnoksiężnik z Archipelagu
Autor: Ursula K. Le Guin
Liczba stron: 240
Gatunek: powieść fantasy
1 thought on “Spotkanie z Ziemiomorzem: Czarnoksiężnik z Archipelagu [recenzja] [archiwum]”