„Wojownicy burzy” to ostatni tom trylogii z orkami w roli głównej. Czytałam ją w 2017 roku, mimo że już wtedy nie zachęcały mnie ani okładkami, ani tematyką. A jednak do dziś wspominam je jako całkiem miłe czytadła. Jak podobał mi się ostatni tom „Orków”?

Sprawdź poprzednie tomy z trylogii „Orkowie”: „Strażnicy błyskawicy” | „Legion gromu”
Brakuje im ostatniej gwiazdy
Rosomaki muszą znaleźć jeszcze jedną, ostatnią gwiazdę, aby dokończyć swoją misję. Może to się jednak okazać trudniejsze, niż sądzili: Stryk zniknął, prawdopodobnie pojmany przez złą Jennestę, a jej armia zmierza wprost na nich. Nie mogą się jednak poddać, gdy zwycięstwo zdaje się być tak blisko.
„Wojownicy burzy” to najlepsza część trylogii
Bez bicia i zupełnie szczerze przyznaję – „Wojownicy burzy” to najlepsza część serii. Na całe szczęście Nicholls zakończył trylogię z największą klasą, z jaką mógł to zrobić.
Tom drugi tego lekkiego czytadełka był bardzo chaotyczny: czasami niełatwo było odnaleźć się w tym, co się działo, narracja skakała z jednej postaci na drugą. Autor chciał upchnąć zbyt wiele fabuły i akcji w krótkiej książeczce. W ostatniej części, na swoje szczęście, zrezygnował z tego, dając nam prostą historię, w której odnajdzie się właściwie każdy.
W związku z powyższym, gdyby „Wojownicy burzy” byli poważną książką, narzekałabym na jej schematyczność. Z tym że to zdecydowanie nie jest fantastyka, która chce być czymś więcej niż lekkostrawną rozrywką, a autor zdaje sobie sprawę, w jaki sposób konstruuje swój tekst. Schematy wykorzystane są tu zupełnie umyślnie, nieco tylko zmienione czy przejaskrawione.
Ta książka fantasy jest mocno przerysowana
Skoro już o koloryzowaniu mowa… „Wojownicy burzy” są bardzo przerysowani, tak jak poprzednie części, zwłaszcza jeśli spojrzymy na negatywne charaktery. Tyle że w przypadku tej serii wypada to po prostu komicznie. Naprawdę, chwilami nie mogłam się nie zaśmiać pod nosem. To, jak genialne wnioski wysuwa zła Jennesta, jest momentami aż nie do pomyślenia. Poza tym wręcz uwiodła mnie jedna scena, akurat związana z tą dobrą stroną: jeden ork idzie zbadać teren, drugi idzie zająć czymś osobę pilnującą owego miejsca. Rozmawia, rozmawia… i zapytany, po co tam w ogóle przyszedł, odpowiada, że „a tak no sobie, bez powodu przyszedł”. Tego typu sytuacje w tej trylogii to rzecz normalna, jednak w tym tomie zdecydowanie najbardziej było to widoczne.
Przy tego typu głupiutkich scenkach w ostatniej części panuje wręcz patetyczny klimat, co jeszcze bardziej je podkręca: autor zdaje się wręcz parodiować takie dzieła jak „Władca Pierścieni”, co wypada… wręcz wspaniale.
Zakończenie jest całkiem zgrabne
Muszę pochwalić autora za zakończenie serii, które wypadło naprawdę zgrabnie: jest konkretne, wyjaśnia wszystko w miarę dobrze, co często nie wychodzi w tego typu lekturach. W końcu nawet pewne błędy logiczne można autorowi wybaczyć, jeśli wszystko pod koniec jakoś trzyma się kupy.
„Orkowie” nie są porywającą serią. Warsztat Nichollsa nie jest wybitny, a całości nie da się nazwać czymś, co przeczytać trzeba. Niemniej świat, który wykreował, ma swój urok. Książki potrafią bawić, a ostatni tom stanowi ratunek dla poprzednich, dlatego zdecydowanie polecam zakończyć serię, jeśli jesteście w jej trakcie.
– To ty tak twierdzisz. Tymczasem niezadowolenie w szeregach rośnie, a dezerterów przybywa. Każdy cień nieposłuszeństwa i każda plotka o buncie mają być karane śmiercią. Bez względu na rangę winnego.
– Już teraz stosujemy taką karę, pani.
Gdyby generał miał ochotę popełnić samobójstwo, mógłby dodać, że Jennesta doskonale o tym wie.
– W takim razie stosujecie ją za rzadko. – Określenie „mrożące krew w żyłach” byłoby za słabe do opisania spojrzenia, jakie mu posłała. – Ryba psuje się od głowy, generale.
Fragment „Wojowników burzy” Stana Nichollsa
Sprawdź inne amerykańskie powieści: „Czarnoksiężnik z Archipelagu” | „Klątwa tytana” | „Atlas Zbuntowany” | „Lśnienie” | „Zły jednorożec”

Tytuł: Wojownicy burzy
Tytuł serii: Orkowie
Numer tomu: 3
Autor: Stan Nicholls
Liczba stron: 264
Gatunek: high fantasy