„Jestem Numerem Cztery” poznałam najpierw jako film, a następnie natrafiłam na tę książkę w Biedronce. Film nie zapadł mi w pamięci, a w 2026 roku, dziesięć lat po napisaniu poniższej recenzji, muszę przyznać, że książka też nieszczególnie. Co sądziłam o niej niedługo po przeczytaniu?

Obcy ukrywają się na Ziemi
Dziewięciu uciekinierów z rodu Loryjczyków ukrywa się na Ziemi. Są numerami, związanymi czarem: dopóki są rozdzieleni, ginąć mogą tylko po kolei…
Trójka już nie żyje. Numer Cztery ma już serdecznie dość przeprowadzek, niestety czeka go kolejna. Nie może ustać, musi się ukrywać i uciekać przed tymi, którzy zgładzili jego planetę i rasę. Gdy trafia do Ohio wraz ze swoim opiekunem, szybko okazuje się, że jego pobyt w tym miejscu nie będzie spokojny. W chłopaku zaczyna budzić się moc będąca jego dziedzictwem.
„Jestem Numerem Cztery” początkowo mnie zainteresował
Pierwsze kilka stron historii Lore’a naprawdę mnie zainteresowało. Wydawało się… po prostu całkiem dobre. Styl autora był prosty, owszem, ale przy tym konkretny i ciekawy. I naprawdę miałam przez chwilę nadzieję, że znalazłam fajną młodzieżówkę utrzymaną w klimatach science fiction.
Niestety pomyliłam się, jak to zresztą często u mnie bywa…
Ta narracja była drażniąca
Narracja pierwszoosobowa, jaka występuje w tej powieści, jest dla mnie nieco irytująca, niemniej nie była poprowadzona bardzo źle. To nie styl jest piętą achillesową tej historii, bo jak wspomniałam wcześniej, autor naprawdę w miarę trzyma poziom. Co więc nią jest…? Linia fabularna i świat przedstawiony.

Brakowało mi akcji
„Jestem Numerem Cztery” powinno być książką pełną akcji, w której główny bohater, John, będzie mógł dorosnąć i się ukształtować. Niestety, zamiast ucieczki przed jego wrogami obserwujemy, jak się zakochuje, jak kłóci się ze szkolnym mięśniakiem i jak spędza czas ze swoim przyjacielem Samem. Cała akcja odgrywa się w tle i nie jest wcale głównym wątkiem — w ten zmienia się dopiero… pod koniec. Początek i środek tej powieści to najzwyklejsza w świecie historia obyczajowa, podszyta gadką o kosmitach i dziedzictwie Numeru Cztery.
Co z tym światem przedstawionym?
A co ze światem przedstawionym? Cóż, on jest po prostu… śmieszny. Kosmici, przybysze z innej planety powinni się w jakiś sposób różnić od nas, a tu mamy zwyczajnego nastolatka, który nie wyróżnia się z tłumu. Wygląda dokładnie tak samo jak Ziemianie, identycznie się zachowuje, identycznie myśli… Podobnie zresztą jego opiekun, Henri. Przez to trudno uwierzyć, że są kimś z innego, bardziej zaawansowanego technologicznie świata. Pomijam już śmieszne umiejętności Johna, z których przynajmniej jedna jest kompletnie nieprzemyślana.
Bohater jest główną zaletą powieści
To, co zdecydowanie jest plusem tej historii, to bohater płci męskiej. Naprawdę, odetchnęłam z ulgą, nie musząc śledzić losów przerysowanej, idealnej dziewczynki. Wiele mu brakuje do idealnej postaci, szczególnie że jak wspomniałam, autor za bardzo się skupia na jego codziennym życiu i relacjach ze znajomymi, ale za to Lore ma u mnie sporego plusa.
Czy „Jestem Numerem Cztery” warto przeczytać? Tak, o ile lubicie młodzieżowe historie z wątkiem miłosnym. Być może przypadnie Wam do gustu. Jeśli jednak stawiacie na inne powieści, to nawet się nad nią nie zastanawiajcie.

Tytuł: Jestem Numerem Cztery
Tytuł serii: Dziedzictwa Planety Lorien
Numer tomu: 1
Autor: Pittacus Lore
Liczba stron: 320
Gatunek: young adult / science-fiction
1 thought on “Jestem Numerem Cztery: Trójka pierwszych już jest martwa… [recenzja] [archiwum]”