W 2017 roku zgłosił się do mnie pierwszy pisarz, który chciał, abym zrecenzowała jego książkę. Zrobiłam to i choć nie mogę powiedzieć, że żałuję podjęcia takiej próby (bo od czegoś trzeba zacząć) to efekty nie były dla mnie najlepsze. Najpierw wymęczyłam się w trakcie lektury, aby następnie ktoś zaczął mi robić pod górkę. Jak jednak dzisiaj, w 2026 roku, kiedy przenoszę ten tekst z poprzedniej domeny wygląda kariera pisarska Michała Podbielskiego? Cóż, chyba nijak, bo po wydaniu dwóch tomów tego cyklu, z których każdy ma jakiś horendalnie długi tytuł, nie wydał niczego nowego. Jak podobały mi się „Wojny żywiołów”?

Magowie wody i ognia pomagają władać
Dwa kontynenty – i dwa żywioły, które udało się opanować, nie przestają ze sobą konkurować. Magowie wody i ognia pomagają władać Imperium, w którym nie wszystko jest tak proste, jak się wydaje. Gdy jednak ludziom wydaje się, że nauczyli się już władać potężną magią żywiołów, do życia budzi się ziemia, która może zmienić wszystko.
Epickie, wielkie, ogromne high fantasy – to coś, czego wielu czytelników szuka, zwłaszcza że dziś nie tak łatwo znaleźć współczesną literaturę tego typu, która nie byłaby w jakiś sposób wtórna. Mam wrażenie, że wielu początkujących pisarzy także marzy o napisaniu czegoś takiego: na portalach pokroju Wattpada możemy znaleźć niejedną próbę napisania takiej historii, a ja sama nie jestem wyjątkiem. Nad swoim światem pracuję od lat. Możliwe, że Michał Podbielski również dał się ponieść magii takiej literatury, bo wyraźnie taką historię próbował stworzyć. Tyle że to chyba jeden z najtrudniejszych rodzajów fantasy do napisania i autor chyba nieco się w tym wszystkim pogubił.
Sprawdź inne polskie książki fantasy: „Cienioryt” | „Chłopcy” | „Żarna niebios” | „Demon Luster”
To ponad sześcset stron zapisanych drobnym drukiem
Pierwsza część „Wojny żywiołów” to ponad sześćset stron historii zapisanej drobnym drukiem, z bardzo ciasnymi marginesami: zapewne gdybym wrzuciła do Worda ten tekst oraz książkę z Fabryki Słów o podobnej długości, okazałoby się, że dostajemy dwa razy więcej treści niż w przypadku standardowo wydanej powieści. Niestety, to niekoniecznie jest zaletą…
„Wojny żywiołów” wydawały się mieć potencjał…
Gdy zaczęłam czytać prolog, naprawdę miałam wrażenie, że wyjdzie z tego coś fajnego. Tekst do „pierwszych gwiazdek” zaintrygował mnie i sprawił, że liczyłam na całkiem fajną lekturę. Zwłaszcza że gdy poprzednim razem czytałam debiut („Krew i stal” Łukawskiego), na początku miałam problem z samym rozumieniem, co się tu w ogóle dzieje. Tyle że dalej w tym przypadku zamiast być lepiej, było po prostu gorzej. Pierwszy rozdział czy dwa (a one w tej książce mają często około stu stron) były tak chaotyczne, że ledwo rozumiałam, co się dzieje. Autor wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, przedstawia nam ogrom bohaterów i skacze zarówno po wydarzeniach, jak i kontynentach, nie informując nas w żaden sposób, że zmienia się miejsce akcji. Mamy pół strony akcji, która dzieje się w Imperium, by po enterze znaleźć się na Kontynencie Prerii albo obserwować zupełnie inne postacie. Na całe szczęście w dalszej części książki wszystko nieco się uspokaja, a że poznajemy bohaterów nieco lepiej, odnalezienie się w treści jest już łatwiejsze.
To źle, gdy potrzebuje spisu bohaterów
Skoro już zaczęłam pisać o postaciach, na chwilę skupię się na nich. Przede wszystkim gdyby nie spis na początku książki, przez większość czasu chyba nie wiedziałabym, kto jest kim. Charakterów jest bardzo dużo, a przy tym bardzo niewielu jakoś się wyróżnia. W wielu przypadkach (np. przy Szarych Płaszczach) mamy wręcz bohatera zbiorowego. Jedną zbitkę ludzi, którzy niby mają jakieś imiona, ale w gruncie rzeczy obserwujemy ich jako całość, a nie indywidualne jednostki. W przypadku takiego typu historii nie wymagam w żadnym razie psychoanalizy, ale jednak miałam wrażenie, że zabrakło tu jakichś głównych charakterów, do których mogłabym się mocniej przywiązać. Skakanie między taką ilością wątków jest trudne, tak samo jak poprowadzenie tak dużej liczby postaci, i w tym przypadku nie do końca się to udało.
Podbielski ma problem ze swoim warsztatem
To jednak nie postacie czy chaos są według mnie największym problemem tej historii, a sam styl autora. Od polskiego twórcy wymagam więcej niż od tłumaczenia: zna nasz język bardzo dobrze, więc powinien umieć się nim bawić i płynnie przechodzić od zdania do zdania. Niestety, pan Podbielski chyba często po prostu za dużo chciał powiedzieć, co prowadzi do niekoniecznie poprawnych zdań, powtarzania się i po prostu – przegadania całości. Przy okazji często jakby nie może się zdecydować, jakiego języka używa. Całość napisana jest raczej prostymi słowami, z próbą delikatnej stylizacji na „średniowieczny” klimat, a tu nagle pojawia się nam „implikacja”, która kompletnie wybija z rytmu. Często powtarza też rzeczy niepotrzebnie. Na przykład, gdy jedna z postaci wypowiada się (i wszyscy wiemy, że jest na Kontynencie Prerii), wygląda to tak: „…mógłby odmienić ten spalony słońcem placek zwany Kontynentem Prerii”. Te ostatnie trzy słowa są tu kompletnie zbędne. Gdyby to była jedna sytuacja, nie czepiałabym się – ale ich jest tu po prostu za dużo. Przegadanie występuje często także w dialogach, które autor często nadmiernie próbuje opisywać.
Mam jeszcze jeden dość duży problem odnośnie samego stylu pisania. Mianowicie dobrze napisana historia nie musi nam tłumaczyć dosłownie, jaki jest bohater, bo wiemy to z samego opisu zachowań oraz interpunkcji wypowiedzi. I w tym przypadku może też by tak było, gdyby nie to, że często dostajemy „na tacy” informacje, co nasza postać zrobiła. Przykłady? „… – padła celna uwaga.” (jakby czytelnik nie potrafił sam tego zauważyć) albo „… – ton świadczył o braku szacunku”.
Niektórym może spodobać się ta powieść fantasy
By nie było, nie jest tak źle, jak być mogło. To jest historia, która może się podobać: dzieje się tu dużo, a kilka pomysłów naprawdę jest ciekawych. Chyba najbardziej spodobał mi się wątek dotyczący Kontynentu Prerii oraz – przynajmniej na początku – intrygi polityczne, które może nie należały do tych najlepszych na świecie, ale widać było w nich jakiś konkretny pomysł. Wątek dotyczący wampirów, który pojawia się w trakcie, także w miarę mi się spodobał, zwłaszcza że (nie mam pojęcia dlaczego :D) skojarzył mi się ze „Skyrimmem”, w którego gram obecnie.
Jeśli miałabym porównać sposób, w jaki jest napisana ta książka, powiedziałabym, że konstrukcją przypomina nieco „Orków” Nichollsa: tak samo jak tam mamy wielki chaos i skakanie między postaciami, czasem bardziej, czasem mniej widoczne. Z tym że tamta trylogia miała być lekką, krótką historią i taki zabieg aż tak nie przeszkadzał. Tutaj mamy olbrzymi świat oraz ponad sześćset stron tekstu, co już odbiór może utrudnić.
Jeśli nie masz dużych wymagań…
Nie powiem, bym rewelacyjnie bawiła się podczas czytania… i bym mogła ze spokojnym sumieniem tę książkę polecić całemu światu. Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że jestem wymagającym czytelnikiem (a z lektury na lekturę wymagam coraz więcej). Większości problemów, które wymieniłam, standardowy odbiorca może nawet nie zauważyć; i jeśli nie czytacie jakoś szczególnie dużo albo po prostu nie zwracacie tak wielkiej uwagi na to, jak książka jest napisana, po „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni” możecie spróbować sięgnąć. Tylko błagam – ostrożnie!
Agraiel stanął przed gładką ścianą granitu. Dotknął chłodnej powierzchni i spróbował wymacać najmniejszą szczelinę, najdrobniejszą skazę przy wbitym w relikt diamencie. Oczywiście nie znalazł niczego takiego. Wokół skała była pomarszczona i popękana, ale nie tutaj, nie w Oknie Odrzucenia. Nieskazitelnie płaski obszar przecinały żyły złota, srebra i miedzi. Ściana błyszczała też od drogich kamieni, perfekcyjnie wtopionych i ściętych na równi z jej powierzchnią. Taki majątek na wyciągnięcie ręki… I nic dziwnego, że wielu ją wyciągało. Jednak nikt nigdy nie naruszył tutejszej skały, czy to siłą mięśni, narzędzi, czy zaklęć. Zresztą te ostatnie, użyte przeciwko Oknu, były powodem zgonów wielu śmiałków sięgających po jego bogactwa. Niezależnie od tego, czy posłużyli się magią Ognia, czy Wody. A Agraiel miał zamiar użyć ich obu.
Nie chodziło o skarby, nie dbał o nie. Chodziło o moc, której jeszcze nigdy nikt nie okiełznał, a której jemu raz udało się zaznać. Tak – Ziemia była szalona.
Fragment „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni” Michała Podbielskiego
Sprawdź więcej książek fantasy!

Tytuł: Wojny Żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni
Tytuł serii: Wojny Żywiołów
Numer tomu: 1
Autor: Michał Podbielski
Liczba stron: 648
Gatunek: high fantasy