„Prawdodziejka” to fantasy dla młodzieży wydane przez SQN, które miało swoją chwilę popularności. W 2026 roku już niewiele osób o tej książce wspomina. Jak jednak podobała mi się, kiedy pisałam recenzję w 2018 roku? Sprawdź i dowiedz się, czy to lektura dla Ciebie!

Sprawdź więcej recenzji książek fantasy: „Piąta pora roku” | „Królowie Dary” | „Ruda sfora” | „Dwór cierni i róż”
Safi wykrywa prawdę i fałsz
Safi jest jedyną istniejącą prawdodziejką, czyli utalentowaną magicznie osobą, która wykrywa prawdę i fałsz. Razem ze swoją więziosiostrą, Iselut, zostaje wplątana w polityczną rozgrywkę i zmuszona do ucieczki.
W „recenzji” Maas znajdującej się na skrzydełkach „Prawdodziejki” możemy przeczytać, że według niej Susan Dennard oddaje swoją książką hołd klasycznej fantastyce. Nie przeczę: coś w tym jest. Z pozostałą częścią jej krótkiej wzmianki jednak absolutnie się nie zgadzam: „Prawdodziejce” jest daleko do książki, która mogłaby i powinna wejść do kanonu tego gatunku.
„Prawdodziejka” to dość klasyczna powieść
Tego „hołdu” dla gatunku nie ma tu jednak aż tak wiele, jak można by się tego spodziewać. „Prawdodziejka” to książka utrzymana w klimatach fantasy, nie wychodząca poza już dawno wyznaczone ramy, która po prostu realizuje pewne dawno utarte schematy. Jedyna rzecz, która naprawdę mocno odwołuje się do tej starszej fantastyki i którą (mam nadzieję) autorka wprowadziła świadomie, to kreacja „tego złego” – postaci, która jest zła do szpiku kości i właściwie bezpośrednio mówi nam, jak bardzo skarżone jest jej serce. To całkiem urocze nawiązanie, które ciągnie się przez całą powieść. Niestety taka wstawka to za mało, bym mogła książkę uwielbiać, a poza tym „Prawdodziejka” ma jednak więcej wad niż zalet.
Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tragiczna lektura. Powieść Dennard czyta się całkiem sprawnie, a historia dość dobrze składa się w całość. To, o czym za chwilę przeczytacie, to po prostu powody, przez które nie stanę się fanką serii.
Czaroziemie to niedopracowany świat fantasy
Przede wszystkim świat przedstawiony, Czaroziemie, jest… trochę pusty i niedopracowany. Autorka starała się wykreować nowe rodzaje magii, tyle że chyba tego do końca nie przemyślała. Już pomijam nazwy magów, które w polskiej wersji niebywale mnie śmieszą (prawdodzieje, krwiodzieje, wiatrodzieje itd.): Dennard najzwyczajniej w świecie zapomniała tego wszystkiego rozwinąć.
Wiemy, że istnieje prawdodziejka, która zajmuje się wykrywaniem fałszu i to jest dość łatwe do zrozumienia. Ale autorka tak naprawdę nie wyjaśnia nam, czym zajmuje się wiatrodziej, a gdy przyjmujemy już, że nazwa odpowiada bezpośrednio darowi (wiatrodziej zajmuje się wiatrem, krwiodziej tropieniem itd.), okazuje się, że ogniodziej zajmuje się… leczeniem mięśni. Naprawdę? To w końcu do czego służą dokładnie te ich moce? Dennard nie sugeruje nam tego wcześniej, nie trzyma w niepewności – po prostu w pewnym momencie stwierdza, że tak jest… i tyle.
Fabuła? Przeciętna!
Pod względem fabularnym „Prawdodziejka” jest zaś… maksymalnie przeciętna. Głównie dlatego, że poza pełnym akcji początkiem i końcem przez całą powieść obserwujemy Safi, która płynie statkiem (zwykle będąc związana), bezustannie pyskując człowiekowi, który jednocześnie i trzyma w rękach jej los, i naprawdę chce być dla niej miły. Autorka próbowała też w tym miejscu wpleść zalążki romansu, ale na całe szczęście nie porwała się na więcej, bo te… wypadły po prostu nijako. Muszę też dodać, że narracja prowadzona jest na tyle chaotycznie, że miałam problem z wgryzieniem się w książkę: Dennard zabrała się za opisywanie politycznych rozgrywek, jednak zabrakło mi w tym odpowiedniego tła, by naprawdę móc się w to wszystko wczuć.
„Prawdodziejka” nie pokazuje przemiany bohatera
To, co mnie w pewnym momencie rozbawiło, to… „przemiana” głównej bohaterki, a właściwie jej brak. W większości powieści bardzo istotny jest rozwój bohatera: to, czego się uczy w trakcie podróży, to, jakie przyjaźnie zdobywa, to, jak zmienia się jego światopogląd. W tym przypadku na początku ktoś wypowiada się, że mogłaby jednak trochę dorosnąć do roli, którą ma dzierżyć. Safi zaś pod koniec powieści stwierdza, że jest idealna i zmieniać się nie musi. Aha. Dobra robota, dziewczyno! Całą powieść pyskowałaś i rzucałaś się, a teraz uważasz, że takie zachowanie jest w porządku? Gratulacje intelektu!
Powoli zmierzając do końca, chcę tylko dodać, że… ta książka to jeden z doskonałych przykładów na to, dlaczego nie do końca lubię tłumaczenia powieści: w warstwie treściowej czasami pojawiały się słowa, które nijak pasowały do opisywanego uniwersum i po prostu gryzły się z całością, wybijając mnie z rytmu. Ale cóż, to już kwestia tłumaczenia: podejrzewam, że w oryginale nie miałabym takich problemów.
Lektura dla niewymagającego czytelnika fantasy
Nie powiem, że mnie ta powieść zaskoczyła negatywnie: po prawdzie tego się po niej spodziewałam i prawdopodobnie nie sięgnęłabym po nią, gdyby przypadkiem do mnie nie trafiła (naprawdę, tym razem – to był czysty przypadek, chociaż książki nie kupiłam samodzielnie). To lektura, która sprawdzi się dla niezbyt wymagającego czytelnika, niekoniecznie w wieku nastoletnim, bo jednak to nie jest zupełnie typowa „młodzieżówka”. Ja jednak od swoich lektur, zwłaszcza tych z mojego zakresu tematycznego, wymagam coraz więcej i „Prawdodziejka” po prostu nie spełnia moich oczekiwań.
– A która lwica przyzna się, że gryzie?
– Proszę, proszę – mruknęła, posyłając mu najbardziej koci ze swoich uśmieszków. – Więc jednak ma poczucie humoru.
– Proszę, proszę – zaripostował. – Próbuje odwrócić kota ogonem.
Fragment „Prawdodziejki” Susan Dennard

Tytuł: Prawdodziejka
Tytuł serii: Czaroziemie
Numer tomu: 1
Autor: Susan Dennard
Tłumaczenie: Regina Kołek, Maciej Pawlak
Liczba stron: 384
Gatunek: high fantasy, fantasy przygodowe
Wydanie: SQN, Kraków 2016
1 thought on “Prawdodziejka: W świecie pełnym dziwnych nazw [recenzja] [archiwum]”