„Zaginieni” przeczytałam w 2018 roku w ramach współpracy z wydawnictwem Niezwykłym. Ten thriller nie zapadł mi jednak w pamięć na dłużej: w 2026 roku, kiedy przenoszę tę recenzję na nową domenę, niewiele z niego pamiętam. Jednak to nie oznacza, że to zupełnie zła powieść. Sprawdź, czy warto ją przeczytać!

Odkryj więcej ciekawych thrillerów!
Littie zaczyna odkrywać tajemnice swojego miasta
W katedrze zostają odnalezione zwłoki kobiety. Lottie Parker, detektyw inspektor, rozpoczyna poszukiwanie zabójcy, odkrywając tajemnice swojego miasta.
Dreszczowiec, zwłaszcza ten z zacięciem kryminalnym, to gatunek, który jest dla mnie trochę nieodgadniony. Zwykle – tak jak w przypadku książek Thomasa Harrisa – odbieram je po prostu jako kryminały. Nie wywołują u mnie poczucia niepokoju czy właśnie dreszczy. W moim odbiorze to po prostu kryminały, które czasem zawierają pojedyncze, nieco bardziej makabryczne opisy. „Zaginieni” Zaginieni nie okazali się tu wyjątkiem: choć spędziłam z lekturą miłe chwile, to strachu w trakcie czytania zdecydowanie się nie najadłam.
„Zaginieni” to debiut
Zacznijmy jednak może od tego, że ta powieść to debiut i to moim zdaniem jednak trochę w tej książce widać. Nie wiem do końca, ile jest w tym pracy tłumacza, a ile autorki, jednak widać, że czasami niektóre słowa albo zdania są nie do końca tam, gdzie powinny, albo są po prostu zbędne i wypadają wręcz głupio. Niemniej poza tym pod względem stylu książka nie wypada źle: to po prostu powieść napisana raczej prostym językiem, która w miarę dobrze „wchodzi”. Nie jest przy tym nadmiernie wciągająca: jasne, gdy człowiek się za nią zabierze, łatwo i w chwilę przeczytać sto stron, ale po odłożeniu jej nie miałam poczucia, że muszę do tej opowieści natychmiast wrócić.
Z Lottie można się utożsamiać
Nasza główna bohaterka, Lottie, to postać, z którą będzie się mogła utożsamić spora grupa odbiorców. To samotna matka, która nie do końca radzi sobie z rodziną, a to za sprawą śmierci męża. Przy okazji jednak naprawdę mocno kocha swoje dzieci, ale też na poważnie traktuje swoją pracę: jest bardzo zaangażowana w to, co robi. Próbuje pogodzić rzeczywistość wokół siebie, co raczej nie jest proste.
Charaktery wokół niej są zarysowane raczej dobrze i wyraziście, lecz nie mistrzowsko: postaci mamy tu naprawdę wiele i osobiście nie czułam się z częścią związana, chociaż jednocześnie raczej większość z nich rozpoznawałam, nie gubiąc się w narracji. W każdym razie to, co dostajemy, absolutnie wystarcza, by śledzić przebieg zdarzeń i snuć własne domysły co do podejrzanych o morderstwo.

Jak można podzielić narrację powieści?
Narrację Gibney możemy podzielić na jedną główną i dwie poboczne. Ta podstawowa to oczywiście śledzenie Lottie oraz jej poczynań w poszukiwaniu mordercy. To kryminalna część, która zachowuje dobry balans pomiędzy pracą bohaterki a jej rodzinnym życiem, które dodaje całości odrobinę oddechu i sprawia, że nasza bohaterka jest bardziej ludzka.
Następnie, jak to często bywa w tego typu książkach, mamy narrację „mężczyzny”, czyli człowieka skrytego w cieniu, który teoretycznie buduje napięcie, ale jak już wspominałam na początku, naprawdę mnie takie zabiegi w książkach „nie ruszają”. Cóż, być może za dużo w życiu przeczytałam mrocznych rzeczy, by tak było? W każdym razie najciekawiej wypada trzecia narracja – z przeszłości, która opisuje naprawdę makabryczne sceny i chyba to przy niej moja wyobraźnia pracowała najmocniej.
Jak na debiut wypada dobrze
Jako debiut historia sama w sobie wypada naprawdę bardzo dobrze: myślę, że to jedna z tych książek, przy których można się doskonale bawić, próbując samemu rozwiązać zagadkę. Mam jednak z nią jeden drobny problem: powiązania i zbiegi okoliczności. Mimo że mamy do czynienia z raczej większym miastem (co sugeruje nam obecność katedry), to jednak wszyscy zdają się tu jakimś cudem znać i być ze sobą powiązani. Chwilami miałam po prostu wrażenie, że tego wszystkiego jest w „Zaginionych” za dużo, niemniej nie jest to coś, co psuło mi radość z czytania.
Mam problem z tym wydaniem…
Niestety samo wydanie trochę mnie zawiodło. Ten, kto mnie choć trochę zna, wie, że jeśli chodzi o interpunkcję, jestem ślepą kurką, która absolutnie niczego nie zauważa. Z jednym wyjątkiem, a są nim… dialogi. Dialogi, które w tym wydaniu wypadają naprawdę niechlujnie. Czasami po myślniku zamykającym wypowiedź nie ma spacji, a bardzo często zanim bohater cokolwiek powiedział, pojawiała się więcej niż jedna przerwa, co – w chwili gdy mamy dialogi linijka pod linijką – jest mocno widoczne. Niby to drobna sprawa, ale bardzo rzucająca się w oczy i pozwalająca mi sądzić, że z interpunkcją w samych zdaniach też może nie być najlepiej. Niemniej tego nie jestem w stanie ocenić.
„Zaginieni” to książka, którą chyba mogę spokojnie polecić, jeśli tylko lubicie kryminały z dodatkiem thrillera (bo osobiście nie potrafię tego określić inaczej) i szukacie w literaturze konkretnych postaci kobiecych. Choć nie jest to moja książka idealna, to sama całkiem dobrze bawiłam się przy jej lekturze i chętnie zobaczę, jak autorka rozwinęła się na przestrzeni kolejnych tomów, bo z tego co wiem, w oryginale zostały wydane już cztery historie z Lottie Parker w roli głównej.
Dół, który wykopali, miał mniej niż metr głębokości. Maleńkie ciało spoczywało w białym worku po mące, ciasno związanym sznurkami brudnego białego fartucha. Toczyli je po ziemi, mimo że było dość lekkie. Szacunek dla zmarłych był im obcy. Jeden z nich kopnął zwłoki, wpychając je butem głębiej. Bez modlitwy, bez ostatniego namaszczenia zakopali je pod warstwą wilgotnej gliny. Pod jabłonią, która na wiosnę miała wypuścić białe pąki, a latem dojrzałe owoce, znajdowały się teraz dwa kopce ziemi. Jeden z nich – zbity i twardy, drugi – świeży i sypki.
Fragment „Zaginionych” Zaginieni

Tytuł: Zaginieni
Tytuł serii: Lottie Parker
Numer tomu: 1
Autor: Patcicia Gibney
Tłumaczenie: Bartosz Czech
Liczba stron: 420
Gatunek: kryminał, thiller
Wydanie: NieZwykłe, Oświęcim 2018
1 thought on “Zaginieni: Śmierć w katedrze [recenzja] [archiwum]”