„Miecz rodu Bedwyrów” trafił do mnie chyba z jakiejś wyprzedaży bibliotecznej. Po tę starszą książkę fantasy sięgnęłam w 2018 roku. Jak podobała mi się wówczas ta niezbyt popularna w Polsce powieść? Sprawdź, czy warto wziąć ją pod uwagę, jeśli szukasz książki fantasy do przeczytania.

Sprawdź więcej powieści high fantasy!
Despotyczne rządy doprowadzają do nieszczęścia
Od kiedy Greensparrow rządzi Eriadorem, jego despotyczne rządy doprowadziły do wielu nieszczęść. Luthien, syn jednego z książąt, ma dość ojca ślepo podporządkowanego złemu tyranowi i wyrusza w podróż pełną przygód. Wkrótce tworzy kompanię wraz z niziołkiem Olivierem deBurrowsem oraz czarodziejem Brind’Amourem.
„Miecz rodu Bedwyrów” to sporo prostego uroku
Ta tańsza i mniej znana fantastyka tworzona w latach 90. miała swoją specyfikę, sprawiającą, że większość powieści wyglądała bardzo podobnie. „Miecz rodu Bedwyrów”, czyli pierwszy tom trylogii „Karmazynowy cień” R. A. Salvatore’a, nie jest tu wyjątkiem. To książka, która natychmiast kojarzy mi się z takimi powieściami fantasy jak „Orkowie” Stana Nichollsa czy „Bursztyn i popiół” Margaret Weis z serii „Dragonlance”. Czy to dobre skojarzenia? Cóż… zależy, kto co lubi. Mnie tego typu literatura nie sprawia największej frajdy, ale jednocześnie stanowi ciekawe spojrzenie na to, jak pod koniec XX wieku tworzono właśnie takie książki.
Jeśli znacie wcześniej wymienione przeze mnie pozycje, dobrze wiecie, w jakim klimacie utrzymany jest „Miecz rodu Bedwyrów”. To bardzo klasyczne high fantasy. Mamy świat, złego ciemięzcę i młodego rycerza, który wraz z przyjaciółmi przeżywa kolejne przygody. Nie jest to nic odkrywczego ani nowego, choć jednocześnie… ma w sobie sporo kiczowatego uroku.

Złodziejaszki ze złotym sercem
W tym świecie wszyscy dobrzy bohaterowie są „prawi” i „honorowi”. Nawet złodziejaszki mają dobre serce. Źli są oczywiście okrutni do szpiku kości i absolutnie nic nie przeszkodzi im w dążeniu do niecnych celów… oczywiście poza głównymi bohaterami. Tak wyraźny podział na dobro i zło, połączony z narracją, która nawet nie próbuje tego ukrywać, potrafi jednocześnie bawić i budzić nostalgiczne uczucia.
Nie ma sensu rozdrabniać się nad fabułą czy bohaterami. Opowieść Salvatore’a to po prostu zbiór motywów wielokrotnie przemielonych przez popkulturę. Wydarzenia bez trudu można przewidzieć, a postacie są tak sztampowe, jak tylko się da. Mamy tu nawet smoka pilnującego skarbów niczym Smaug w tolkienowskim „Hobbicie”!
Przesadzony patetyzm ociera się o kicz
Jak już wspominałam, styl autora od razu mówi nam, co jest dobre, a co złe. Jest w nim sporo „epickości”, która momentami staje się wręcz przesadnie patetyczna i ociera się o kicz. Jednocześnie książkę czyta się szybko i lekko, bo trudno oczekiwać czegoś innego od fantasy tego pokroju.
„Miecz rodu Bedwyrów” to bardzo typowe fantasy z lat 90., które warto poznać przede wszystkim po to, by zobaczyć, co wówczas pisano i czytano. To dobra książka do poszerzenia czytelniczych horyzontów, mogąca sprawić sporo frajdy wyjadaczom fantastyki. Zdecydowanie nie polecałabym jej jednak jako pierwszego kontaktu z tym gatunkiem. Dla mnie taka nostalgiczna przygoda od czasu do czasu jest po prostu miłą odskocznią, ale na pewno nie jest to powieść, która zostanie ze mną na dłużej.
Co mogłoby się stać, gdyby rodzice króla nigdy się nie poznali? Co mogłoby się stać, gdyby jakiś heros został w kwiecie wieku powalony strzałą, która ze świstem przecięła powietrze zaledwie kilka centymetrów dalej? Zaiste, najzwyklejszy przypadek może nieraz wpłynąć na historię narodów, i tak też było tej sierpniowej nocy, kiedy Luthien opuścił dom Bedwyrów i udał się do stajni, w której Ethan właśnie siodłał konia i napełniał torby prowiantem.
Fragment „Miecza rodu Bedwyrów” R. A. Salvatore’a

Tytuł: Miecz rodu Bedwyrów
Tytuł serii: Karmazynowy cień
Numer tomu: 1
Autor: R. A. Salvatore
Tłumaczenie: Anna Krawczyk-Łaskarzewska
Liczba stron: 270
Gatunek: epic fantasy
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2000