„Bursztyn i popiół” to było moje pierwsze spotkanie z Duneons&Dragons. Wtedy nie miałam pojęcia tak naprawdę, czym jest ten system i jak duży wpływ ma na całe współczesne fantasy. Ale w końcu od czegoś trzeba zacząć! Książkę kupiłam za dosłownie 5 zł, więc nigdy nie żałowałam zakupu, ale czy dobrze bawiłam się w trakcie lektury? Sprawdź recenzję z 2016 roku!
Bogowie walczą o dominację
Bogowie powrócili i walczą między sobą o dominację. Mina, po śmierci swojej ukochanej bogini w jednej z licznych walk, nie potrafi dojść do siebie… do chwili, gdy spotyka Boga Śmierci i zaczyna mu służyć.
„Dragonlance” to seria książek stworzona jako dodatek do gry „Dungeons & Dragons”. Gdy tylko się o tym dowiedziałam, mniej więcej spodziewałam się tego, co znajdę wewnątrz niej, i zresztą wcale się nie pomyliłam.
„Bursztyn i popiół” przypomina mi swoją formą mieszankę trylogii o „Darthu Banie” oraz książki Lawheada „W służbie króla smoków”. Co to oznacza dla samej pozycji? Dobrze wykreowany świat, fabułę może nieco naiwną, ale dalej — ciekawą, połączoną ze specyficznym, tanim stylem, z którym niby wszystko gra, ale jednak… coś w nim nie leży i sprawia, że książkę czyta się dość opornie.
„Bursztyn i popiół” jest przeciętną książką fantasy
Ta powieść to po prostu najzwyklejszy w świecie przeciętniak. Mina to nie najgorsza bohaterka, podobnie jak pewien mnich oraz jego przyjaciel i pies, którzy odgrywają w historii dość istotną rolę. Nic w nich szczególnie nie zaskakuje, ale mają swój urok. Bóg Śmierci? Zwykły i zwyczajny, podobnie jak pozostali bogowie. Ci kreowani są na dumne postacie, które… są przy tym po prostu głupkowate.
Fabularnie wszystko w miarę się klei i mimo wszystko tworzy historię, w której nie brakuje zwrotów akcji. Tu nie ma zastojów. Co chwilę coś się zmienia i całość w miarę trzyma się kupy. Chwilami miałam nawet wrażenie, że styl jest, jaki jest, nie przez autorkę, a przez tłumaczenie. W końcu książka wydana została w 2005 roku, więc kto wie, może wydawca po prostu zrobił to trochę na odwal się?
Historia dla fanów D&D
„Bursztyn i popiół” to historia, która zapewne spodoba się wiernym fanom D&D. Innym — niekoniecznie. Ma sporo wad, jest bardzo prosta w konstrukcji i w gruncie rzeczy jest w każdej mierze zwyczajna. Sama nie widzę w niej nic bardzo złego, ale wiem, że bardzo szybko o niej zapomnę.
— A mimo to czcisz Zeboim — boginię, o której powiadają, że jest zła. Dlaczego?
Mężczyzna stropił się i rzucił kolejne nerwowe spojrzenie na morze.
— Ona jest nie tyle zła, ile… wiesz, kapryśna. Lepiej jej się nie narażać. Jeśli się na ciebie zaweźmie, nie wiadomo, co może zrobić. Może zdmuchnie cię na pełne morze i zostawi tam bez najmniejszego wiatru, abyś dryfował po nieruchomym morzu, póki nie umrzesz z pragnienia. Może wypiętrzyć falę tak wielką, że pochłonie dom, albo wezwie sztormowe wichry, które miotają człowiekiem, jakby był ledwie patykiem. Tu są sami dobrzy ludzie. Większość czci Mishakal albo Kiri-Jolitha. Kiedy jednak mieszka się nad morzem, trzeba pamiętać, żeby oddać cześć Zeboim, może złożyć jej jakiś mały podarunek. Żeby się nie gniewała.
Fragment z książki „Bursztyn i popiół” Margaret Weis.

Tytuł: Bursztyn i popiół
Tytuł serii: Dragonlance -> Mroczny uczeń
Numer tomu: 1
Autor: Margatet Weis
Liczba stron: 350
Gatunek: high fantasy
2 thoughts on “Bursztyn i popiół: Pierwsze spotkanie z Dragonlance [recenzja] [archiwum]”