„Dom wschodzącego słońca” to powieść Aleksandry Janusz, która miała rozpocząć cykl fantasy dla młodzieży. Kontynuacja jednak nigdy się nie ukazała. Czytałam ją w 2018 roku w ramach współpracy z wydawnictwem Uroboros. Jak podobała mi się ta książka? Czy warto po nią sięgnąć mimo braku kontynuacji?

Sprawdź więcej recenzji książek urban fantasy: „Przebudzenie Arkadii” | „Popiół i kurz” | „Banda niematerialnych szaleńców” | „Dziewczyna z Dzielnicy Cudów”
Dom Wschodzącego Słońca przejmuje opiekę nad Eunice
Magowie przybyli do Farewell sto lat temu. Osiedlili się w mieście na dobre, znajdując w nim dom. Gdy nastoletnia Eunice odkrywa w sobie moc, magiczni mieszkańcy Domu Wschodzącego Słońca roztaczają opiekę nad młodą maginią. Nie spodziewają się, że już wkrótce cała ich społeczność będzie zagrożona.
Zwykle, sięgając po powieści młodzieżowe, jestem w stanie wyrazić swoją opinię o nich w sposób – moim zdaniem – dość chłodny i obiektywny. Nieczęsto angażuję się emocjonalnie w tego typu historie, bo po prostu ich schematy są mi na tyle dobrze znane, że nie jestem w stanie tego zrobić. Muszę przyznać, że „Dom wschodzącego słońca”, czyli debiut Aleksandry Janusz (po raz pierwszy wydany w 2006 roku), jest pod tym względem dość wyjątkowy. Wprawdzie nie jest to książka idealna, ale jednocześnie jest jedną z niewielu powieści dla młodzieży, które faktycznie sprawiły, że chwilami czułam się naprawdę zaangażowana w tę historię.
Gdybym była targetem tej książki
Gdybym była młodszym czytelnikiem albo takim, który ma na swoim koncie mniej książek, praktycznie na pewno uznałabym „Dom wschodzącego słońca” za superhistorię, której niczego nie brakuje. Czemu? Bo nawet teraz potrafiłam się przyłapywać na tym, że podchodzę do tej historii kompletnie bezkrytycznie, choć chwilę później w głowie zapalała mi się lampka, krzycząca, że jednak tak idealnie nie jest.
Dlaczego więc uważam, że to jest naprawdę dobra powieść młodzieżowa? Przede wszystkim nasza główna bohaterka, Eunice, nie gra tu głównych skrzypiec. Oczywiście jest ważna i to wokół niej obudowana jest narracja, ale w dalszym ciągu pozostaje nastolatką, która w gruncie rzeczy nie ma aż tak dużo do powiedzenia. Choć pomaga w „ratowaniu świata”, to jednak jest tylko wsparciem, co jak najbardziej jest uzasadnione przez jej młody wiek. Ponadto to jedna z tych historii, wewnątrz których możemy znaleźć naprawdę sympatyczne postacie, których relacje są po prostu przyjemne w obserwacji.
Ponownie, gdybym miała na karku trochę mniej lat i przeczytanych książek, na pewno kompletnie wsiąknęłabym w sam pomysł świata przedstawionego: Eunice dostaje paczkę przyjaciół-opiekunów, do których zawsze może przyjść i którzy zawsze jej pomogą, a którzy nie są ani rodzicami, ani znajomymi ze szkoły. Dla mnie w wieku nastoletnim taka wizja „to było coś” – w końcu kto nie chciałby się pochwalić dorosłymi znajomymi, którzy przy okazji władają magią?

To nie jest nadzwyczaj nowatorski świat urban fantasy
Jak jednak już wspominałam, nie jest to książka bez wad. Na pewno świat wykreowany przez Janusz nie jest – przynajmniej teraz – czymś nadzwyczaj nowatorskim. To po prostu kraina, do której wepchnięto różne rasy i w której ich obecność w naszym świecie została w podstawowy sposób wyjaśniona. Na pewno inne uniwersa urban fantasy są o wiele bardziej rozbudowane i złożone, choć uważam, że „Dom wschodzącego słońca” wypada lepiej niż choćby inny powieściowy debiut, „Złodziej dusz” Anety Jadowskiej: w porównaniu do niego nie jest aż tak wulgarny, styl Janusz wydaje mi się przyjemniejszy, a sami bohaterowie nie mniej sympatyczni.

„Dom wschodzącego słońca” to trzy różne segmenty
Warto też zwrócić uwagę na to, że „Dom wschodzącego słońca” można podzielić na trzy zupełnie oddzielne segmenty: czytając, miałam wrażenie, że mam do czynienia z połączonymi opowiadaniami, a nie jednolitą historią. Zaczynamy więc od poznania przez Eunice świata magów. Początek historii jest dość chaotyczny i mam wrażenie, że dosyć skrótowy, nad czym trochę ubolewam, bo… nie będę oszukiwać, to po prostu moja ulubiona część całości.
Następnie mamy po prostu dwa niekoniecznie związane ze sobą wydarzenia. Najpierw jedno mniejsze, potem – większe, prawdopodobnie związane z tym, że finał książki „powinien być” czymś naprawdę wielkim. Szczerze przyznam, że dwa kolejne segmenty są jednak dość sztampowe i raczej nie zaskakują, szczególnie że akcja pędzi w nich na łeb na szyję i w gruncie rzeczy nie mamy aż tak wiele czasu dla samych bohaterów. A – ponownie – osobiście miałabym ochotę przede wszystkim obserwować codzienność magów z Farewell, bo to po prostu bardzo sympatyczne postacie.
Jako debiut i książkę przeznaczoną dla młodzieży mogłabym swobodnie określić „Dom wschodzącego słońca” jako powieść bardzo dobrą. Jako po prostu fantastykę – jako przeciętną, ale bardzo przyjemną historię rozrywkową. Jestem szczerze ciekawa, jak wypadają nowsze powieści Janusz, bo naprawdę widzę w jej historii niezły potencjał, zwłaszcza w kategorii lekkich i niezbyt wymagających, ale sympatycznych opowieści, których moim zdaniem nigdy nie jest za mało.
„Wszyscy magowie są ludźmi” – głosiła pierwsza strona kodeksu – „I wszyscy ludzie mogą zostać magami”. Tyle że, dodawała w myślach Eunice, na ogół nie chcą. A ci, którzy chcieliby, nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Nie wystarczy, że uwierzą. Nie pomoże im medytacja pod wodospadem, nauka gotowych formułek, żadna internetowa moda, żadne diety, newage’owe obsesje i teorie spisku. Są pytania, które należy sobie zadać, góry i doliny, które trzeba przejść. I każda odpowiedź przyniesie ze sobą kolejne zagadki.
Fragment „Domu wschodzącego słońca” Aleksandry Janusz

Tytuł: Dom wschodzącego słońca
Tytuł serii: Miasto magów
Numer tomu: 1
Autor: Aleksandra Janusz
Liczba stron: 416
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018