„Królowie Dary” było w pewnym sensie moim drugim spotkaniem z Kenem Liu. Wcześniej czytałam powieść tłumaczoną na polski z języka angielskiego, którą właśnie ten autor przetłumaczył z Chińskiego, chociaż wówczas wydawało mi się, że polska wersja jest tłumaczona z oryginału. W każdym razie: co sądziłam o powieści „Królowie Dary” w 2018 roku?

A może chcesz dowiedzieć się więcej o steampunku?
Cesarz umiera, zaczyna się rewolucja
Wyspy Dary nie tak dawno temu wcale nie były zjednoczone. Dlatego, gdy umiera cesarz, ogarnia je rewolucja. Na jej czele stają Mlecz i Chryzantema – Kuni Garu i Mata Zyndu – których ścieżki teoretycznie nigdy nie powinny się zejść.
Czasem wystarcza kilka czy kilkadziesiąt stron, bym wiedziała już, co sądzę o danej książce, właściwie znając jej przebieg i nie czując szczególnej potrzeby czytania dalej. Taką powieścią okazali się „Królowie Dary” Królowie Dary Ken Liu – książka, od której oczekiwałam dość dużo, ale ostatecznie okazało się, że… to po prostu literatura nie do końca dla mnie.
To najpiękniej wydana książka od SQNu!
Zacznijmy jednak od wyglądu książki. To chyba najpiękniejsze wydanie SQN, jakie trzymałam w rękach. Jest naprawdę dopracowane. Zarówno okładka, jak i wnętrze książki wyglądają porządnie i naprawdę dobrze współgrają z jej treścią.
No ale właśnie… interesuje Was pewnie bardziej to, co można znaleźć w jej wnętrzu. Więc odpowiadam: politykę, politykę i jeszcze raz politykę, a to wszystko w orientalnym klimacie i doprawione bitwami. Jeśli tego szukacie – lećcie do księgarni czy biblioteki. A jeśli nie… cóż, uważajcie.
Widzicie, nie jestem osobą, która boi się polityki w literaturze. „Pieśń lodu i ognia” bardzo sobie cenię, a ta seria przecież właśnie z tego słynie. „Królowie Dary” różnią się jednak znacznie sposobem poprowadzenia historii od opowieści George’a Martina. Tam mamy czas, by poznać na spokojnie świat, aby zżyć się z bohaterami, których poznajemy bardzo dobrze, mimo ich olbrzymiej ilości. Książce Ken Liu tego brakuje. Jego postacie to figury na szachownicy, którymi wprawdzie zręcznie manewruje, ale osobiście nie mogłam zapomnieć o tym, że to jednak historia wymyślona przez kogoś, a nie coś, co mogłoby naprawdę się zdarzyć.
Wprawdzie jak najbardziej jest to w klimacie powieści – w końcu Orient raczej kojarzy się z pewną powściągliwością – ale to w połączeniu z brakiem zżycia się ze światem przedstawionym sprawiło, że szczerze mówiąc, nie bardzo mnie te polityczne intrygi interesowały. Rozumiałam je, ale nie byłam nadzwyczaj wciągnięta w lekturę, często się nudząc. Zwłaszcza że nie uwielbiam Orientu, a kultura nawiązująca do Chin jest w tej opowieści bardzo istotna. Nie zrozumcie mnie źle: cenię, że Ken Liu mocno do niej nawiązywał. Po prostu nie potrafię pałać do tego szczególną miłością.

„Królowie Dary” wprowadzają bohaterów dosłownie na moment
To, co chyba najbardziej bolało mnie w „Królach Dary”, to wprowadzanie postaci dosłownie na rozdział czy dwa. Ken Liu wprowadza nam nagle nowego bohatera. Opisuje przez kilka stron jego historię, po czym nasz nowy „znajomy” robi dwie rzeczy w jakiś sposób istotne fabularnie, by potem zniknąć z kart opowieści…
O ile zwykle w historiach wolę postacie męskie, tak tutaj ani Mata, ani Kuni szczególnie mnie nie zachwycili. Za to ciekawsze okazały się postacie kobiece. Jia, żona Kuniego, to chyba najbliższa mi postać. Opisy jej życia okazały się miłą odskocznią po bardziej politycznych wątkach, choć należy pamiętać, że w tej powieści nie ma takich, które byłyby ich zupełnie pozbawione. Ciekawa okazała się też księżniczka Kikomi, choć nie zajmuje wcale wiele miejsca w tej historii.
Minimalna ilość nadprzyrodzonych elementów
Ken Liu w swojej powieści zminimalizował udział nadprzyrodzonych elementów. Gdyby nie to, że umieścił swoją powieść w innym świecie niż nasz, można byłoby powiedzieć, że to jakaś chińska legenda spisana przez współczesnego pisarza. Bo udział magii jest bardzo, bardzo znikomy i właściwie powieść nie straciłaby, gdyby ta zniknęła z jej kart zupełnie.
Jak już wspominałam, Ken Liu przedstawia nam swój świat w sposób dość… bezosobowy. Jego narracja jest podniosła, elegancka, ale jednocześnie nie zagląda do końca w dusze bohaterów. Autor robi to podobnie jak twórcy baśni czy Ursula Le Guin. Niestety, mnie po prostu taki sposób opowiadania historii na dłuższą metę męczy i sprawia, że nie potrafię przywiązać się do opowieści.
Malowniczość powieści Kena Liu
Dodać muszę, że „Królowie Dary” to kopalnia ładnych zwrotów i cytatów: Orient jest pod tym względem bardzo malowniczy, a autor zrobił wszystko, by jak najlepiej ten element w swoim dziele oddać.
Ponieważ mam na półce już kolejny tom, zapewne prędzej czy później zapoznam się z kontynuacją tej powieści. Niestety… choć doceniam pracę włożoną w jej napisanie i choć jak najbardziej rozumiem, czemu się podoba, to mnie w „Królach Dary” po prostu nic nie chwyciło. Świat przedstawiony nie jest „mój”, nie urzekł mnie w nim żaden konkretny pomysł, bohaterowie nie są mi bliscy, a sama polityka to jednak trochę za mało, bym uznała, że jakieś dzieło uwielbiam.
Właściwej ścieżki nie wskazują nam bogowie czy dawni uczeni, musimy ją sami, przez eksperymentowanie. Brak ci pewności i dzięki temu zawsze będziesz poszukiwał pytań, zamiast uważać, że posiadasz wszystkie odpowiedzi.
Fragment „Królów Dary” Ken Liu

Tytuł: Królowie Dary
Tytuł serii: Pod sztandarem dzikiego kwiatu
Numer tomu: 1
Autor: Ken Liu
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Liczba stron: 592
Gatunek: low fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2016
2 thoughts on “Królowie Dary: Polityka w klimatach orientu [recenzja] [archiwum]”