„Kwantowy złodziej” to fińska powieść fantastyczno-naukowa, którą przeczytałam pod koniec 2020 roku. Jak odebrałam tę historię? Przed lekturą byłam wielokrotnie ostrzegana, że to naprawdę nie jest łatwa powieść. Jakie miałam odczucie w praktuce?

Sprawdź inne książki hard SF: „Ślepowidzenie” | „Problem trzech ciał” | „Proxima”
„Kwantowy złodziej” musi uciec z więzienia
Więzienie przyszłości to wcale nie przelewki i Jean le Flambeur został sobą tylko dlatego, że udaje mu się z niego uciec. Wybitny złodziej, niezrównany w swoim fachu, ma do spłacenia dług. Dopiero gdy to zrobi, będzie mógł być prawdziwie wolny.
Nim sięgnęłam po „Kwantowego złodzieja”, byłam wielokrotnie ostrzegana, że to „NAPRAWDĘ hard SF”. Słyszałam, że kolejne tomy są lepsze i że po prostu mam przez ten pierwszy przebrnąć. Przyjmując te informacje do wiadomości, zabrałam się za lekturę, dość prędko orientując się, o co w tym wszystkim chodzi i skąd wynika trudność w przyswojeniu tej książki.
To debiut fińskiego autora
Warto zaznaczyć, że Hannu Rajaniemi jest fińskim pisarzem, dla którego ta wydana po raz pierwszy w 2010 roku powieść była debiutem. Mamy tu więc do czynienia z autorem, który pisania tak naprawdę dopiero się uczy. Mam wrażenie, że problemy tej książki – a jest ich w sporej ilości – wynikają w dużej mierze właśnie z tego powodu.
„Kwantowy złodziej” i jego mityczna twardość
Przejdźmy do najważniejszej kwestii, czyli mitycznej twardości „Kwantowego złodzieja”. Opis wydawcy wyraźnie sugeruje fantastykę rozrywkową, a nie problemową, co fabuła jako taka również potwierdza. Debiut Rajaniemiego nie jest książką, która próbuje analizować trudne społecznie tematy, zajmuje się filozofią czy nauką.
Jednocześnie autor zdecydował się na dość irytujący zabieg językowy, polegający na wciskaniu do tekstu ogromnej ilości dziwnych, futurystycznych słów. Część z nich wyjaśnia, część pozostawia bez komentarza. Koniec końców dostajemy powieść napisaną językiem raczej prostym i rozrywkowym – pod warunkiem, że usuniemy z niej te wszystkie „scenografie umysłowe”, „panoptikumy”, „plastomaterie” czy „gevuloty”.
Specyficzne słownictwo sprawdza się dobrze, gdy nie ma go nadmiernie i gdy służy klimatowi lub ekspozycji. Nie powinno być dodawane tylko po to, by czytelnika zadziwić i zgubić, a mam wrażenie, że właśnie to tu nastąpiło. Autor po prostu przedobrzył.
Niełatwo się skupić na fabule
Przez całą tę otoczkę trudno czasem skupić się na samej linii fabularnej. Ta jest pozornie prosta, ale bywa niezrozumiała. Gdy bohater robi coś opisanego dziwnym pojęciem, a autor tego nie wyjaśnia, czytelnik musi domyślać się znaczenia wyłącznie z kontekstu. Jako odbiorca fantastyki byłam w stanie przez to przebrnąć, ale jestem w mniejszości. Przeciętny czytelnik pewnie po prostu by się zirytował i odstawił książkę na półkę. Nie dziwię się, że ta powieść w ostatnim czasie nie sprzedawała się najlepiej.
To wszystko psuje efekt, jaki mogłaby wywołać ta historia, gdyby została napisana zwyczajnym, niezbyt udziwnionym stylem. Gdyby Jean oraz towarzysząca mu Mieli dostali nieco więcej charyzmy, mogliby stanowić naprawdę ciekawy duet, a sama historia mogłaby świetnie płynąć. W obecnej formie działa jedynie przeciętnie i nie wpada w pamięć na dłużej.
Pod tą warstwą „hard SF” skrywa się po prostu jeszcze niezbyt doświadczony pisarz. Łatwo o tym zapomnieć, gdy jest się zasypywanym nagromadzeniem trudnych słów, które brzmią profesjonalnie. Niestety, owa „twardość” jest tu właściwie mową-watą, która nie wnosi wiele ani do fabuły, ani do klimatu, a wręcz im przeszkadza.

„Kwantowy złodziej” kontra „Modyfikowany węgiel”
Nie mogę się powstrzymać od porównania „Kwantowego złodzieja” do „Modyfikowanego węgla” Richarda Morgana. W obu tych historiach pojawia się motyw ludzi, których ciało nie zawsze należy do nich, choć ujęty w inny sposób. Całość kojarzyła mi się stylem i męskim podejściem do tematu, choć tu muszę zaznaczyć, że Rajaniemi wypada lepiej. Nie znajdziemy tu dokładnie rozpisanych scen erotycznych, a całość wypada sympatyczniej niż drugi i trzeci tom cyklu o Takeshim Kovacs.
Jako że kolejne tomy czekają na mojej półce i podobno mają być lepsze, na pewno je sprawdzę. Na ten moment wolę jednak wstrzymać się od kategorycznego sądu. Mam jedynie nadzieję, że ta przeprawa była tego warta i w kolejnej części Rajaniemi pokaże, o co mu z tym całym futuryzmem chodziło.

Tytuł: Kwantowy złodziej
Tytuł serii: Jean le Flambeur
Numer tomu: 1
Autor: Hannu Rajaniemi
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Liczba stron: 336
Gatunek: hard SF
Wydanie: Mag, 2018