„Dziewczyna z pociągu” była swego czasu dość głośna produkcją. Obejrzałam ten film jakoś w 2018 roku i to też wtedy powstał poniższy tekst. Jak podobało mi się to kino, które stoi na pograniczu dramatu i thrillera?

Recenzje innych filmów niefantastycznych: „Most Szpiegów” | „John Wick” | „La La Land” | „Syn Szawła”
Rachel szuka zaginionej kobiety
Rachel (Emily Blunt) jest alkoholiczką. Nie radzi sobie ze swoim nałogiem. Codziennie jeździ do pracy tym samym pociągiem, obserwując zza jego okien dom swojego byłego męża, Toma (Justin Theroux), i jego nowej żony, Anny (Rebecca Ferguson), oraz parę młodych, szczęśliwych ludzi, w których widzi spełnienie swoich skrytych marzeń. Gdy pewnego dnia obserwowana przez nią kobieta znika, Rachel postanawia zeznać, czego była świadkiem.
„Dziewczyna z pociągu” w wersji książkowej okazała się hitem. Mnie jednak nigdy do niej nie ciągnęło, ale chcąc sprawdzić, o co w ogóle chodzi w tej historii, zabrałam się za wersję filmową. Nie miałam właściwie żadnych wymagań czy oczekiwań względem niej i chyba przede wszystkim dlatego ostatecznie seans uważam za stosunkowo udany, chociaż film do doskonałych nie należy.
Te dwie aktorki!
Na początku chcę wspomnieć o dwóch aktorkach, które wyglądają po prostu ślicznie. Zarówno na Rebecce Ferguson, jak i na Haley Bennett, grającej Megan, patrzy się wspaniale i choć aktorsko to raczej Emily Blunt wypada najlepiej z nich, to na takie osoby po prostu miło się patrzy. Jednocześnie są do siebie na tyle podobne, że początkowo chyba nie sposób ich nie mylić. Zwłaszcza że – niestety – film nam wcale w tym nie pomaga.

„Dziewczyna z pociągu” to chaotyczne kadry
Kadry w „Dziewczynie z pociągu” są często chaotyczne, dość bliskie, nagrane z trzęsącej się ręki, co być może pasuje do postaci, jaką jest Rachel, ale nie pomaga w oglądaniu samego filmu. Świat obserwujemy oczami trzech bohaterek, z których każda jest z każdą w jakiś sposób powiązana, i naprawdę czasem trzeba się skupić, by zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Przy tym wiele faktów podawanych jest nam półsłówkami, co też w takiej sytuacji nie ułatwia seansu.
To dramat czy thriller?
Poza tym ten hit, choć reklamowany jako thriller, jest w moim odczuciu bardziej dramatem z wątkiem kryminalnym: mocno skupiamy się na alkoholizmie Rachel i jej przeszłości, a samo zaginięcie Megan przez większość czasu tli się gdzieś na drugim planie. Choć więc ostatecznie całość w miarę dobrze się ze sobą łączy, to jednak jeśli szukacie dreszczowca w pełnym tego słowa znaczeniu, nie jest to film dla Was.
Bohaterka Emily Blunt zdecydowanie nie jest postacią, którą da się lubić. Co najwyżej możemy jej w pewnej chwili zacząć współczuć, ale tak naprawdę to nie jest osoba, która wzbudza sympatię. Taka chyba miała być, aczkolwiek przez to „Dziewczynę z pociągu”, skupioną właśnie na niej, obserwuje się z pewnym niesmakiem.
To nie jest zły film
Niemniej muszę przyznać, że sam pomysł na poprowadzenie historii nie jest zły. Nie zagrało tu kilka rzeczy, ale… w pewnym momencie poczułam się jednak trochę wciągnięta. Nieco rozkojarzona i zagubiona śledziłam całą historię z pewnym zainteresowaniem. Samo zakończenie nie było jednak nie do przewidzenia i w moim odczuciu wypadło dość neutralnie.
Choć dalej nie mam zamiaru sięgać po książkę, „Dziewczyna z pociągu” w wersji filmowej nie była straconym czasem. Owszem, daleko jej do idealnego filmu i raczej drugi raz się za niego nie zabiorę, ale potrafiłam czerpać z seansu pewną przyjemność, a tak naprawdę niczego więcej od niego nie chciałam.

„Dziewczyna z pociągu” (2016)
ang. „The girl on the train”
reż. Tate Taylor
thiller, dramat