Gdy w 2015 obejrzałam pierwszy sezon serialu „Hannibal”, byłam pod dużym wrażeniem. Co sądziłam o wówczas popularnym tasiemcu? Co szczególnie mi się w nim podobało i czy byłam w stanie zauważyć jakieś wady?

Sprawdź recenzje książki o Hannibalu Lecterze: „Czerwony smok”
To nie jest żadna nowość
Nie jestem serialomaniaczką. Od czasu do czasu coś obejrzę, szczególnie jeśli mam z kim, jednak żaden ze mnie znawca. Mimo to postanowiłam, że podzielę się z Wami moją opinią na temat ostatnio oglądanego przeze mnie tasiemca.
„Hannibal” to serial, który swoją premierę miał w 2013 roku, nie jest więc już zupełną nowością. Oparty jest na serii książek Thomasa Harrisa, z którymi nie miałam jednak żadnej styczności. Z zewnątrz przypomina nieco zwykły kryminał. Młody Will Graham to specjalista od wyłapywania seryjnych morderców — człowiek o niezwykle wrażliwej psychice, który potrafi wczuć się w rolę psychopaty, dzięki czemu tworzy portrety psychologiczne ułatwiające ich złapanie. Niestety, nadwyręża to jego nerwy do tego stopnia, że jego przełożony wysyła go do genialnego psychologa, Hannibala Lectera.
Ten serial jest poprowadzony inaczej niż typowy kryminał
To, co ten serial zdecydowanie odróżnia od innych typowych kryminałów, to sposób rozegrania fabuły. W przeciwieństwie na przykład do „NCIS” czy „Wzoru”, tu każdy odcinek łączy się z kolejnym i choć w każdym pojawiają się nowe morderstwa, nie są one myślą przewodnią, a jedynie dodatkiem, pozwalającym lepiej poznać psychikę głównych bohaterów. Sam ten fakt wręcz zmusza do oglądania dalej — bo nie można w połowie zostawić bohaterów i nie dowiedzieć się, do czego to wszystko doprowadzi.
Nie tylko sama konstrukcja odcinków wyróżnia „Hannibala”. To, co mnie osobiście w nim zachwyciło, to sposób przedstawienia morderstw. Są tak „piękne”, tak wymyślne, a jednocześnie przesiąknięte okrucieństwem, że za każdym razem przechodziły mi ciarki po plecach. Uważam, że to ogromny plus twórców — w końcu nawet fikcyjne morderstwo może wzbudzać emocje. Nie jest tu tylko kolejnym sztucznym trupem, do którego już dawno przywykliśmy.

Aktorzy w „Hannibalu” są dobrze dobrani
Na uwagę zasługuje także dobór aktorów, szczególnie tytułowego Hannibala. Gra go Mads Mikkelsen, który swoim specyficznym wyrazem twarzy i chłodnym wyrachowaniem wprowadza do serialu niezwykły klimat. I choć pozostali aktorzy również wypadają dobrze, to on zdecydowanie gra pierwsze skrzypce. Jego tajemnicza postać przyciąga uwagę i sprawia, że trudno oderwać od niej wzrok.
Skoro już o wzroku mowa, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o sposobie kadrowania. Jako fotograf-amator mam nie tylko nieco wyrobione oko, ale też konkretne oczekiwania wobec filmowców. W końcu te dwie dziedziny mocno się ze sobą łączą 🙂 I tutaj serial nie zawodzi. Uwielbiam jego kadry — mroczne, często intymne, budujące napięcie. W połączeniu z muzyką efekt jest naprawdę znakomity.
Jeśli lubicie tajemnice, mrok, zagadki i odrobinę obrzydliwości, „Hannibal” — a przynajmniej jego pierwszy sezon — jest zdecydowanie czymś dla Was. Nie będziecie się przy nim nudzić, a wrażliwszych może nawet nieco przestraszy. Nie polecam jednak oglądania go z pustym żołądkiem — po zobaczeniu tylu „pysznych” potraw i tak pewnie pobiegniecie do lodówki, a przy tym serialu to może nie być najlepszy pomysł.
3 thoughts on “Hannibal, sezon 1: Morderstwo wzniesione do rangi sztuki [recenzja] [archiwum]”