„Prochy Babilonu” to już szósty tom cyklu, który przenosi czytelnika do świata Układu Słonecznego, w którym ludzkość robi kolejny krok do przodu. Sprawdź, czy warto się z nim zapoznać, czytając recenzję!

Recenzje innych książek z cyklu: „Przebudzenie Lewiatana” | „Wojna Kalibana” | „Wrota Abaddona” | „Gorączka Ciboli” | „Gry Nemezis”
Kolejna misja załogi Rosynanta
Zmiany w Układzie Słonecznym, jakie przyniósł Pierścień, doprowadziły do wybuchu wojny. Marco Inaros, stojący na czele Wolej Floty, pragnie uczynić mieszkańców Pasa prawdziwie wolnymi. Z kolei załoga Rosynanta pod dowództwem kapitan Jamesa Holdena robi wszystko, by maksymalnie zminimalizować rozlew krwi.
„Prochy Babilonu” są lepsze od poprzednich tomów?
Gdy odkładam kolejny tom cyklu „Expanse”, zazwyczaj myślę o tym, że lektura poszła mi szybciej, niż zakładałam, i od razu mam ochotę na więcej. A potem okazuje się, że po kolejną część sięgam dopiero po prawie roku. Cóż, najważniejsze, że w ogóle do niej wracam. Odnoszę przy tym wrażenie, że „Prochy Babilonu”, czyli tom szósty, wypadają znacznie lepiej od piątej części i bez wątpienia przerastają tom czwarty.
Poprzednia odsłona stanowiła swoisty przerywnik, który pozwalał nam zajrzeć w przeszłość bohaterów i ustalić nową dynamikę w Układzie: sprawy związane z protomolekułą zostały w zasadzie rozwiązane, więc fabuła musiała obrać całkowicie nowy kierunek. Ten zwrot akcji jest zresztą jak najbardziej uzasadniony. Nowe możliwości otwarte przed ludzkością musiały wywołać nowe konflikty – zwłaszcza że relacje i tak od lat były niezwykle napięte, co klarownie pokazały wcześniejsze części. Nic więc dziwnego, że „Prochy Babilonu” to przede wszystkim rasowa, militarna space opera, w której roi się od kosmicznych bitew oraz skomplikowanych intryg politycznych.

Zaskoczył mnie styl autorów
Wracając do samej opowieści, po raz kolejny zaskoczył mnie styl autorów. Panowie tworzący pod wspólnym pseudonimem James S. A. Corey piszą w sposób surowy, lecz zarazem niezwykle interesujący i klarowny. Mimo że w świecie przedstawionym dzieje się bardzo dużo, w tej narracji po prostu nie da się zgubić. Dokładnie wiadomo, co i gdzie się odbywa, a motywacje poszczególnych postaci są w pełni zrozumiałe. Ponadto, choć historia zmierza w stronę militarnej fantastyki, relacje między bohaterami wciąż pozostają kluczowe. Załoga Rosynanta wielokrotnie podkreśla, że po tylu latach wspólnych przygód stali się dla siebie prawdziwą rodziną.
Zmorą wcześniejszych tomów – zwłaszcza trzeciego i czwartego – było wprowadzanie nowych postaci narratorskich, które chwilę później znikały z fabuły, nie odgrywając żadnej istotnej roli. Na szczęście w tym tomie ten irytujący trend został w dużej mierze przerwany. Część dawnych bohaterów powraca w mniejszych rolach, a autorzy znacznie swobodniej i płynniej lawirują między różnymi perspektywami, nie wywołując przy tym chaotycznego wrażenia. Przyznaję, że najchętniej śledzę losy załogi Rosynanta, ale w pełni rozumiem, że przy tak rozmachowej historii inne punkty widzenia są po prostu niezbędne.
Mniej zagadek, więcej militariów
Muszę jednak przyznać, że nie do końca odpowiada mi kierunek, w którym podążył ten cykl. Dwa pierwsze tomy, mocno skupione na rozwikłaniu zagadki protomolekuły, były bezkonkurencyjne, a kolejne odsłony niestety nie wracają już do tamtego poziomu. To wciąż bardzo dobra literatura rozrywkowa, ale jednak „to już nie to samo”. Zwłaszcza że prywatnie nie przepadam za motywami militarnymi, które potrafią mnie dość szybko zmęczyć. Tego typu historie w wolę oglądać na ekranie i – mimo wszystko – chyba jednak wyżej cenię serialową ekranizację tego cyklu.
Niemniej jednak, koniec końców, jestem z tej lektury całkiem zadowolona. Na rynku nie ma wielu udanych space oper, które jednocześnie trzymałyby wysoki poziom kreacji świata, a ta seria bez wątpienia go utrzymuje. Po „Prochy Babilonu” można więc sięgać bez żadnych obaw.

Tytuł: Prochy Babilonu
Tytuł serii: Expanse / Ekspansja
Numer tomu: 6
Autor: James S. A. Corey
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Liczba stron: 540
Gatunek: space opera
Wydanie: Mag, 2019