„Krew i stal” chciałam kupić już w trakcie Pyrkonu 2016. W końcu zabrałam się za to polskie fantasty w styczniu 2017 roku. Dziś, kiedy w 2026 roku przenoszę ten wpis na nową domenę, debiut Łukawskiego przeżywa zmarwychwstanie w nowym wydaniu. Ja jednak nie mam ochoty wracać do serii, aby być może ją dokończyć. Dlaczego?

W tym klasztorze jest coś ważnego
W starym klasztorze na Martwej Ziemi znajduje się coś, co należy jak najprędzej odzyskać, by nie wpadło w niczyje ręce. Arthorn wraz z grupą zbrojnych wyrusza w podróż przez Wąski Przesmyk, mając zamiar wykonać zadanie. Tylko on zna prawdziwy cel ich wyprawy i tylko on jest w stanie bezpiecznie poprowadzić ludzi przez zniszczony czarami ląd. Prędko jednak okazuje się, że wyprawa może być jeszcze trudniejsza, niż wcześniej zakładał.
„Krew i stal” to nie jest dobre fantasy
Gdybym wpadła na „Krew i stal” kilka lat temu, to albo uznałabym, że jest dla mnie zbyt trudna i mnie nudzi, albo przeciwnie: uwielbiałabym ją całym swoim sercem i polecała każdemu, kto pytałby mnie o fantasy. Teraz jednak, mając nieco szersze spojrzenie na literaturę, muszę z przykrością stwierdzić: nie jest to pozycja wybitna, a może nawet dobra. To dość przeciętna i typowa dla swojego gatunku książka, których na rynku nie brakuje.
Przez pierwsze dwadzieścia stron nie potrafiłam w ogóle wbić się w historię: najzwyczajniej w świecie styl autora mnie męczył, podobnie jak szaleństwo wokół słabo zarysowanych bohaterów. Później, do około setnej strony, było nieco lepiej, ale w dalszym ciągu sama nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Dopiero z czasem historia zaczęła ciekawiej się rozwijać, a autor zapoznał nas nieco bliżej z bohaterami, jednak i tak powieść nie była niczym odkrywczym.
W tej powieści dark fantasy dużo się dzieje
Łukowski wrzuca nas od razu w wir wydarzeń. Ktoś kogoś goni, ktoś pędzi, ktoś atakuje… Cały czas coś się dzieje, jednak nie mamy pojęcia co: pojawia się jakiś bohater, jakieś losowe nazwy, nic nieznaczące dla nas wydarzenia. W tym chaosie naprawdę niełatwo jest się odnaleźć, a tym bardziej śledzić to wszystko z zapartym tchem, bo i jak, skoro nie mamy pojęcia, kto jest tu główną postacią? Wprawdzie z czasem historia nieco się uspokaja, dzięki czemu możemy w końcu zrozumieć, kto, gdzie, z kim i po co jest, ale i tu trudno poczuć jakąś bliższą zażyłość z bohaterami czy światem. Jaki jest tego powód?
„Krew i stal” to niewątpliwie fantasy drogi, które podzieliłabym na dwa segmenty: pierwszy, będący opisem wyprawy większej grupy, oraz drugi, w którym mamy ledwie kilku bohaterów. Bezustannie jednak wędrujemy po świecie, który zbyt wiele dla nas nie znaczy. Idziemy do konkretnego punktu, walczymy, później odpoczywamy i leczymy rany, by znów z kimś lub czymś walczyć. I na tym właściwie polega cała historia „Krwi i stali”. Nie ma tu ani bardzo angażującego tła, ani niczego, co sprawiłoby, że podeszłabym do tej lektury bardziej emocjonalnie.

Nie podoba mi się to uniwersum fantasy
Doskonale wiem, że sporo osób zachwyca się światem przedstawionym i uważa, że jest genialnie wykreowany. Ja niestety śmiem się nie zgodzić. Tak naprawdę nie wiemy o nim nic poza tym, że istnieją w nim losowe, wzięte ze słowiańskiej mitologii stworzenia, że istnieje w nim jakaś magia i że sto pięćdziesiąt lat temu istniały dwa kłócące się ze sobą królestwa, co doprowadziło do powstania Martwicy. Autor nie wyjaśnia nam polityki istniejącej w tym świecie ani jakichś niezwykłych zwyczajów. Świat wprawdzie nie kłóci się sam ze sobą, jest w miarę sensowny, a przy tym nie wątpię, że w kolejnych tomach będzie rozwijany, ale naprawdę nie zauważyłam w nim nic, czym mogłabym się zachwycić.
„Krew i stal” ma zbiorowego bohatera
A co z bohaterami? Początkowo odbierałam ich podobnie jak postacie z „Orków” Nichollsa – mamy losową grupę, z której parę osób wyróżnia się tym, że znamy je z imienia. Nie są indywidualnościami, a drużyną, która ma do wykonania jakieś zadanie. Dopiero później, gdy postacie się rozdzielają, możemy zaobserwować jakieś konkretne cechy, ale też nie ma ich zbyt wiele. Przykładowo główny bohater, Arthorn, to po prostu dobry i odważny człowiek, który jest sprytny, bo zna kilka forteli. Ale nie ma w tym człowieku niczego, co byłoby charakterystyczne i sprawiło, że zapamiętałabym go na dłużej.
Styl autora jest dość… specyficzny. Łukowski stara się nawiązywać do średniowiecznej mowy i to mu w sporej mierze wychodzi. Przy tym pisze w bardzo surowy sposób i nie pozwala nam za dobrze poznać bohaterów, co przy takiej powieści jest moim zdaniem sporym błędem. Niemniej sam stosowany przez niego język jest raczej sporą zaletą tej książki. Raczej, bo po pierwsze potrzebowałam chwili, by do niego przywyknąć, a po drugie przez niego autor w kilku miejscach dał plamę, wciskając między te średniowieczne słowa jakieś współczesne, co potrafiło nieźle wybić z lektury. Na całe szczęście akurat to nie zdarzało się zbyt często.
Przygotowa powieść drogi fantasy
„Krew i stal” to przygodowa powieść drogi utrzymana w klimatach fantasy – i jeśli ktoś właśnie tego szuka, to ta pozycja naprawdę to dostarcza. Niestety, jeśli chcecie czegoś więcej: gierek politycznych, rozbudowanego świata przedstawionego czy barwnych, charyzmatycznych bohaterów, to… tego po prostu w niej nie znajdziecie w wystarczającej ilości. Ta powieść to historia typowo przygodowa, wymagająca od czytelnika jedynie wczucia się w stylizowany na średniowieczny styl autora.
Szukasz mroczniejszych klimatów w fantasy i nie masz nic przeciwko kryminałowi? Ta książka może Cię zainteresuje!
Wolisz polską dystopię? Poznaj powieść Jacka Piekary!

Tytuł: Krew i Stal
Tytuł serii: Kraina Martwej Ziemi
Numer tomu: 1
Autor: Jacek Łukawski
Liczba stron: 384
Gatunek: high fantasy, fantasy przygodowe
2 thoughts on “Krew i Stal: W Martwicę [recenzja] [archiwum]”