„Cienie tożsamości” czytałam w 2017 roku. To piąty tom z cyklu i również moje piąte spotkanie z twórczością Brandona Sandersona. To fantasy jednak nie zachwyciło mnie, kiedy je poznawałam. Dlaczego?

Więcej o „Ostatnim imperium”: „Z mgły zrodzony” | „Studnia wstąpienia” | „Bohater wieków” | „Stop prawa” | „Żałobne opaski”
Ktoś próbuje zabić gubernatora
Elendel zdaje się rozwijać z dnia na dzień. I razem z jego rozwojem przychodzi czas także na zmianę nastrojów w mieście. Gdy ktoś próbuje zabić gubernatora, do akcji wkraczają Wax, Wayne i Marsai, próbując złapać winnego.
„Stop prawa” był dla mnie niemałym rozczarowaniem. Liczyłam, że będzie trzymał jakiś poziom, że – tak po prostu – będę umiała cieszyć się lekturą. Niestety tak się nie stało: poprzednia część była dla mnie niczym kubeł zimnej wody wylany wprost na głowę. Dlatego choć „Cienie tożsamości” nie są wcale lepsze, to tym razem wiedziałam już, co mam w rękach, i aż tak bardzo się nie rozczarowałam. Cóż, przynajmniej tyle, prawda?
„Cienie tożsamości” są lepszde i gorsze jednocześnie
W porównaniu do poprzedniej części „Cienie tożsamości” są i lepsze, i gorsze zarazem. Lepsze: bo Sanderson nie próbuje nam na siłę przedstawić świata i bohaterów, co właściwie było jednym z moich głównych zarzutów do „Stopu prawa”. Zrobił to w tomie poprzednim – i wystarczy. Dzięki temu oraz dzięki jednej z postaci w końcowych sekwencjach poczułam delikatny powrót do klimatu poprzedniej trylogii, choć muszę także przyznać, że było to zaledwie kilka stron.
Co zaś w tej części wypadło zdecydowanie gorzej? Kluczowa sprawa – fabuła. O ile w poprzednim tomie mieliśmy w miarę sensownie poprowadzony wątek kryminalny, tak ten jest po prostu cholernie nudny i przewidywalny. Domyślenie się zakończenia naprawdę nie jest tu wielkim wyczynem, a akcja polega przede wszystkim na ganianiu się w kółko niekoniecznie ciekawych bohaterów. I tak, bohaterowie to kolejny aspekt, na którym „Cienie tożsamości” się wykładają.

Wax i Wayne są sztampowymi postaciami
Jak najbardziej rozumiem, skąd wśród wielu czytelników bierze się sympatia do Waxa i Wayne’a, dla mnie są bardzo sztampowymi, zwykłymi postaciami. Jednak to nie oni sami w sobie są problemem tej części (a może i całej drugiej trylogii?). W „Stopie prawa” miałam problem z rozróżnieniem wieku bohaterów: dwudziestoparoletnia Marsai i czterdziestoletni Wax mówili i zachowywali się w zbliżony sposób, mimo że świat wokół nich przeżywa rozkwit przemysłowy. W „Cieniach tożsamości” problem pogłębia się jeszcze bardziej. Wax i Wayne są do siebie bardzo podobni, podobnie jak Marsai, kilkusetletnie kandry czy po prostu – wszyscy drugoplanowi bohaterowie. Naprawdę, chyba poza jedną postacią (o której więcej pisać nie będę i która pojawia się tylko na chwilę) kompletnie nikt się tu jakoś szczególnie nie wyróżnia, mimo że sama narracja jest poprowadzona na tyle płynnie, że nie ma problemu z rozróżnieniem, kto jest kim.
Ten rozwój świata nie został przemyslany
To nie koniec moich zarzutów względem tej części. Kolejnym jest… rozwój technologiczny świata przedstawionego. Czemu? Bo jest po prostu cholernie nudny. Świat Waxa i Wayne’a rozwija się dokładnie w takiej samej kolejności jak nasz. „Główne” wynalazki pojawiają się w niemal identycznej kolejności i działają w dokładnie ten sam sposób. Nie pasuje mi to zupełnie do uniwersum, w którym moce dotyczące metali są tak rozwinięte: wynalazki, w mojej skromnej opinii, powinny w jakiś sposób bardziej dostosować się do istniejących warunków, jednak zdecydowanie innych niż nasze.
Nie tylko wynalazki Sanderson kopiuje żywcem z naszego świata. Zachowanie ludzi w czasie rozwoju przemysłowego także. Albo inaczej: kopiuje STEREOTYP zachowania ludzi w XVIII wieku: biednych, spracowanych, bez praw i nieszczęśliwych. Autor chyba nie dokopał się do informacji, że to właśnie wtedy ludzie bardzo mocno widzieli poprawę warunków swojego życia, a jakieś ruchy i protesty, jeśli się pojawiały, rzadko miały jakąś większą skalę.
To powieść napisana lekkim piorem
By nie było, że tylko narzekam i narzekam, muszę książce oddać to, na co zasłużyła. Sanderson, jak zawsze, pisze w bardzo lekki, niewymagający sposób i to sprawia, że książkę tę się bardzo szybko pochłania. Przy okazji wiem, że moje czepialstwo wynika z ilości przeczytanych książek tego pokroju i sporych wymagań: dobrze wiem, że większość czytelników jednak nie chce od książki fantasy aż tyle. Dlatego jak najbardziej rozumiem falę uwielbienia co do kolejnych części „Ostatniego imperium”. Jedynie ja ich po prostu nie podzielam.
Znam wiele gorszych książek z tego gatunku, ale również poznałam ogrom lepszych; jeśli poprzednie części się Wam podobały, możecie sięgać i po „Cienie tożsamości”, ale ja osobiście żałuję, że ta historia potoczyła się w tak marnym kierunku.
– Powiesz mi w końcu, co zawsze powtarzasz?
Wayne znalazł w dolnej szufladzie flaszkę i uniósł ją, pozostawiając w zamian koronkową serwetkę, którą zabrał przed wejściem.
– Jeśli musisz zrobić coś paskudnego, zajrzyj najpierw do pokoju Waxa i wymień się na jego rum.
– Nie przypominam sobie, byś to kiedykolwiek powiedział.
– Właśnie to zrobiłem.
Wayne pociągnął łyk rumu.
Fragment „Cieni tożsamości” Brandona Sandersona
Dowiedz się więcej o steampunku!

Tytuł: Cienie tożsamości
Tytuł serii: Ostatnie Imperium
Numer tomu: 5
Autor: Brandon Sanderson
Liczba stron: 352
Gatunek: high fantasy
2 thoughts on “Cienie tożsamości: Uniwersum stacza się coraz bardziej… [recenzja] [archiwum]”