„Wyprawa Kon-Tiki” trafiła w moje ręce w 2015 roku i choć minęło od tego czasu 11 lat to wciąż jest to jeden z najmilej wspominanych przeze mnie reportaży. Co sądziłam o tej książce jako 18-latka?
„Wyprawa Kon-Tiki” miała trafić na makulaturę
Czasem zdarza się, że moja mama przynosi z pracy makulaturę — książki, które zostały oddane na przetworzenie, często stare, nieraz niedostępne lub po prostu trudniejsze do zdobycia. Sięgam po nie dość rzadko, często bojąc się pożółkłych, starych stron i spodziewając się czegoś nudnego. Nie inaczej było z „Wyprawą Kon-Tiki”, która trochę u mnie przeleżała. Moje wydanie z 1955 roku nie wygląda już najprzyjaźniej… ale za to jego dusza już sporo przeszła 😀
Wyprawa norweskiego podróżnika z 1947 roku
1947 rok. Thor Heyerdahl, norweski odkrywca i podróżnik, postanawia sprawdzić swoją teorię, jakoby mieszkańcy Polinezji przypłynęli na wyspy z okolic dzisiejszego Peru. Dla wszystkich wokół wydaje się to wręcz niemożliwe: ludy te pływały na niewielkich tratwach, jakże więc mogliby przepłynąć na nich 4000 kilometrów? Heyerdahl organizuje więc wyprawę, odtwarzając ich środek transportu, i wraz z piątką ochotników wyrusza w podróż.
Brzmi to jak niezła bajka, prawda? Tratwą przez ocean. W sześć osób, bez nawigacji i żadnego sprzętu elektronicznego — no, może poza starym radiem, które przecież nie było nadzwyczaj zaawansowane technologicznie. Ale… to nie bajka, a wyprawa, która zapisała się w historii, mimo że obecnie chyba mało kto o niej wie. W każdym razie ja nie wiedziałabym o niej, gdyby nie książka Heyerdahla.
To nadzwyczajna, lecz prawdziwa historia
To dzieło jest czymś nadzwyczajnym — bo opowiada o nadzwyczajnej, ale prawdziwej historii. Napisał je człowiek, który tę wyprawę zorganizował, wziął w niej udział i… przeżył. Choćby z tego powodu „Wyprawie Kon-Tiki” należy się ogromny szacunek. Ale nie tylko! Mimo że stara okładka wcale nie zachęca, a pozornie pomysł wydawać mógłby się nudny — no bo ile można czytać o oceanie — to naprawdę jest to coś dobrego i ciekawego do przeczytania. Owszem, nie znajdziemy tu masy akcji i jej niemal „magicznych” zwrotów czy romansów, ale obraz oceanu, jaki pokazuje nam autor, jest wprost przepiękny. Naprawdę jego opisy są tak plastyczne, że nieraz można się nimi zachwycić i przeżywać tę podróż razem z nim. Heyerdahl raczej nie nudzi, przedstawiając swoją historię w niezwykle ciekawy sposób.
W tym reportażu trudno mówić o jakichś konkretnych bohaterach. To znaczy, owszem, mamy członków wyprawy, poznajemy ich, ale autor nie skupia się na ich psychice i nie opisuje zbyt dokładnie więzi, która ich połączyła. Raczej opowiada o tym, jak można przeżyć na oceanie, jak radzić sobie ze stresem na tratwie, co można zobaczyć czy spotkać na oceanie, gdy w pobliżu nie ma głośnego silnika straszącego ryby. I tak — to właśnie jest niezwykłe, bo dzięki „Wyprawie Kon-Tiki” można dowiedzieć się wielu ciekawych i nierzadko zaskakujących rzeczy o oceanie, których nie znajdzie się w powieściach autorów, którzy pływali wielkimi statkami albo w ogóle na oceanie nie byli.
To, co podobało mi się w moim wydaniu, to zdjęcia dołączone do książki. Czarno-białe, ale wyraźnie pokazujące ludzi i wydarzenia, o których można przeczytać, dając świadectwo temu, że cała ta wyprawa naprawdę miała miejsce.
Jeśli tylko macie możliwość, naprawdę polecam sięgnąć po „Wyprawę Kon-Tiki”, bo to dobrze napisany reportaż, opowiadający niewiarygodną historię i na pewno będzie ciekawą odskocznią od typowych powieści.


Tytuł: Wyprawa Kon-Tiki
Autor: Thor Heyerdahl
Liczba stron: 228
Gatunek: reportaż
3 thoughts on “Wyprawa Kon-Tiki [recenzja] [archiwum]”