Skip to content

Fantastyka Codzienna

Portal o fantastycznych książkach, filmach i kulturze

Menu
  • Kontakt
  • O redakcji
Menu

Zaklinacz koni: Podobno o tragedii i koniach. Podobno [recenzja] [archiwum]

Posted on 11 lutego, 2018

„Zaklinacz koni” to książka, którą chciałam przeczytać już przez sam temat. Konie zawsze były mi bliskie. Jednak kiedy przeczytałam ją i zrecenzowałam w 2018 roku okazało się, że miałam co do niej pewne oczekiwania, których powieść nie zrealizowała.

Spis treści:

Toggle
  • Tragiczna przejażdżka
  • „Zaklinacz koni” ma problem z tłumaczeniem
  • Tematem miały być traumy…
  • „Zaklinacz koni” i zbędny romans
  • Relacja Toma z problematycznym koniem

Sprawdź wiecej literatury obyczajowej!


Tragiczna przejażdżka

Zimowego poranka Grace wybiera się na konną przejażdżkę z przyjaciółką. Ta kończy się tragicznie: przypadkiem jeden z koni się poślizgnął i obydwie dziewczynki znalazły się pod kołami wielkiej ciężarówki. Tylko Grace i jej koń, Pielgrzym, pozostają przy życiu. Matka dziewczynki, Annie, postanawia odratować psychicznie i fizycznie okaleczone zwierzę, szukając zaklinacza koni, mając nadzieję, że pomagając jemu, uda się też pomóc jej córce, która w wypadku straciła nogę.

Czasem, przy posiłku, włączam telewizor. Jeśli jest to weekend, często trafiam na starszy film lub serial. Obyczajowy, dość niskobudżetowy, którego target to albo przeciętna rodzina, albo zwykła, szara kobieta. Czyli – zdecydowanie nie ja. Ale w tle może sobie lecieć, prawda? I właściwie czymś takim okazał się dla mnie „Zaklinacz koni”, tyle że jako książka wymagał ode mnie więcej skupienia i czasu, a co za tym idzie – przyprawił mnie o trochę irytacji.

Sięgnęłam po książkę głównie przez te „konie” w tytule. Poza tym już dawno obiecałam sobie, że się z nią zapoznam, i w końcu miałam na to chwilę. Moja irytacja powieścią zaczęła się bardzo szybko, na początku przez samo tłumaczenie.

„Zaklinacz koni” ma problem z tłumaczeniem

Choć konno nie jeżdżę, co nieco wiem i o tych zwierzętach, i o jeździeckim słowniku. Wychodzę z założenia, że osoba, która taką powieść tłumaczy, także powinna. Ale niestety w tym przypadku nie odrobiła nawet podstawowej pracy domowej i nie zajrzała do słownika, by sprawdzić znaczenie na przykład takiego słowa jak „cugle”, które wcale nie są zamiennikiem „wodzy”. Poza tym nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł, by z „toczka” czy „kasku” zrobić „usztywnioną czapkę jeździecką”.

Już pomijam takie drobnostki jak próba przetłumaczenia na polski amerykańskiego nazewnictwa maści koni, które w tamtych latach po prostu nie miały dobrych odpowiedników w naszym języku (i część z nich nadal nie ma). To niby szczegóły, które osobie niezaznajomionej z końmi nie będą przeszkadzać, ale mnie po prostu niemiłosiernie wyprowadzały z równowagi.

Gdy przywykłam do myśli, że to jednak nie będzie najlepiej przetłumaczona książka na świecie, miałam nadzieję, że chociaż pod względem fabularnym w jakiś sposób mnie zaskoczy. Wprawdzie, oceniając po sposobie narracji autora, widziałam, że to raczej obyczajówka z końmi w tle, a nie na odwrót, jednak przecież taka powieść nadal może czymś zaskoczyć. Niestety, jeśli zaskakiwała, to raczej irytując jeszcze bardziej.

Tematem miały być traumy…

Teoretycznie naszym głównym tematem jest wychodzenie z traumy dziewczynki i jej konia, a także jej rodziny. Niestety, w tej książce ten temat często schodzi na drugi plan, na przykład przez… rozbudowane opisy przeszłości każdego z bohaterów.

Narracja w „Zaklinaczu koni” jest trzecioosobowa, a jej perspektywa jest dość chaotycznie zmieniana, co jest bolesne zwłaszcza przy pierwszych chwilach czytania. Czemu? Bo Evans streszcza nam życiorys każdej z postaci, teoretycznie pozwalając nam je poznać, a w praktyce – przynajmniej mnie – cholernie nudząc. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, ale z drugiej w ten sposób autor odebrał nam możliwość stopniowego poznawania bohaterów i odkrywania ich „tajemnic”. Chociaż, zupełnie szczerze mówiąc, tu takich tajemnic właściwie nie ma i to, czy znamy dokładnie przeszłość bohaterów, czy nie, nie ma większego wpływu na fabułę.

„Zaklinacz koni” i zbędny romans

Poza tym do opowieści musiał się oczywiście wkraść kompletnie niepotrzebny romans, przez który zamiast skupiać się na Grace obserwujemy, jak para gołąbków wybiera się na jeździeckie wycieczki i zastanawia się, czy bycie razem na pewno jest w porządku, czy może jednak nie, bo przecież mamy już własne życie, które jest w miarę poukładane.

Nie rozumiem też ilości w miarę dokładnie opisanych scen erotycznych, które tu występują. Wiem, że to nie jest powieść dla młodzieży, ale naprawdę można było je zdecydowanie ograniczyć… Bo teoretycznie to nie romans jest tu wątkiem przewodnim.

Relacja Toma z problematycznym koniem

Teoretycznie dużą zaletą tej powieści powinno być budowanie relacji zaklinacza, czyli Toma Bookera, z bardzo problematycznym koniem. Pielgrzym i praca z nim jednak naprawdę szybko stają się tylko tłem wydarzeń. Szczerze mówiąc, więcej klimatu tej sielskiej, amerykańskiej wsi, żyjącej w zgodzie z naturą, wyczuwam w „Prawie Mojżesza” niż w „Zaklinaczu koni”, a już same tytuły sugerują, że powinno być na odwrót.

Dla mnie to po prostu bardzo zwyczajnie napisana powieść obyczajowa, w której nie rusza mnie ani styl – bardzo przeciętny, prosty i dość bezbarwny – ani sama historia. Zwłaszcza że samo zakończenie wydawało mi się nad wyraz wymuszone, tak, jakby autor chciał po prostu dowalić jakąś „bombą” na koniec, mimo że nic sensownego właściwie nie wniosła. Chociaż z drugiej strony Evans tak pociągnął linię fabularną, że tego się po prostu chyba nie dało sensownie, w jednym miejscu, zakończyć…

Jeśli jesteście delikatnymi kobietami, które lubią zwykłe obyczajówki i dla których to wystarcza, naprawdę wierzę, że się w tej pozycji odnajdziecie. Bo to książka napisana właśnie dla Was. Ale… ja mówię jej „nie” i szukam dalej mojej doskonałej pozycji z końmi na pierwszym planie.


Kiedy pracowałem dorywczo, nie mogłem się po prostu doczekać, by wieczorem wrócić do tego, co czytałem. Książki posiadały jakiś magiczny urok. Ale ci nauczyciele tutaj, z całą ich gadaniną, cóż… Wydaje mi się, że jeśli zbyt dużo mówi się o tych sprawach, urok znika i szybko pozostaje tylko gadanina. Niektóre rzeczy po prostu… są.

Fragment „Zaklinacza koni” Zaklinacz koni


Zaklinacz koni

Tytuł: Zaklinacz koni

Autor: Nicholas Evans

Tłumaczenie: Paweł Witkowski

Liczba stron: 352

Gatunek: powieść obyczajowa

Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2008

5 thoughts on “Zaklinacz koni: Podobno o tragedii i koniach. Podobno [recenzja] [archiwum]”

  1. Pingback: Całe miasto o tym mówi: opowieść o Elmwood Springs [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna
  2. Pingback: Rozgrywka: Wakacyjny eksperyment z młodzieżowym romansem [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna
  3. Pingback: Zmiana: …występuje tylko w tytule, nie w treści [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna
  4. Pingback: Nikt nie idzie: Magia w obyczajowości [recenzja] [archiwum] - Fantastyka Codzienna
  5. Pingback: Bogini niewiary: Bohaterka jako źródło nieszczęść w romansie [romans] [archiwum] - Fantastyka Codzienna

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ostatnie posty

  • Upiory w Ruinach Teatru Victoria w Gliwicach
  • Ogień i krew. Tom 1: Kronika rodu Targaryen [recenzja] [archiwum]
  • Kamienne niebo: Świat zmierza ku końcowi [recenzja] [archiwum]
  • Strefy cyberwojny: Jak Internet wpływa na nasze życie? [recenzja] [archiwum]
  • Odłamki: Sceny z wojny domowej w Bośni i Hercegowinie [recenzja] [archiwum]

Kategorie

  • Archiwum
  • Fantastyczne filmy i seriale
  • Fantastyczne gry
  • Kultura fantastyczna
  • Kultura niefantastyczna
  • Literatura fantastyczna
  • Literatura niefantastyczna
  • Niefantastyczne filmy i seriale
  • Niefantastyczne gry
  • Niefantastyczny teatr
  • Od serca o kulturze
  • Recenzje
  • Recenzje filmów i seriali
  • Recenzje gier
  • Recenzje literatury niefantastycznej
  • Recenzje niefantastycznych filmów i seriali
  • Recenzje niefantastycznych gier
  • Wydarzenia fantastyczne

Aghata Christie Alternatywna historia angel fantasy dark fantasy Dystopia fantastyka naukowa fantastyka socjologiczna fantasy fantasy historyczne high fantasy horror Jacek Piekara Jakub Ćwiek Jarosław Grzędowicz komedia kryminał kryminał fantastyczny literatura amerykańska literatura brytyjska literatura dziecięca literatura faktu literatura historyczna literatura hiszpańska literatura kanadyjska literatura młodzieżowa literatura naukowa literatura niemiecka literatura obyczajowa literatura polska Literatura postapokaliptyczna literatura przygodowa Maja Lidia Kossakowska przygodowe fantasy retellingi i baśnie Rick Riordan romans romans paranormalny romantasy science fantasy space opera steampunk thriller urban fantasy Ursula Le Guin zbiór opowiadań

©2026 Fantastyka Codzienna | Design: Newspaperly WordPress Theme