„Zakon Drzewa Pomarańczy” przeczytałam częściowo we współpracy z portalem Czytam Pierwszy. Częściowo, bo dostałam wówczas tylko pierwszy tom. Jest to też pierwsza książka, na której zgarnęłam autograf zagranicznego twórcy. Jak podobało mi się to epickie fantasy ze smokami?

Poznaj recenzje innych książek high fantasy: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe” | „Ogień i krew” | „Królowie Wyldu” | „Zabójczy księżyc”
Pradawne zło wraca do życia
Po tysiącu lat pokoju ze snu budzi się pradawny zły. Sabran IX, pozbawiona dziedziczki władczyni Inys, musi stawić czoło niebezpieczeństwu wraz ze swoim dworem. Nie ma pojęcia, że jedna z jej dam, Ead, skrywa magiczną tajemnicę. W tym samym czasie na drugim końcu świata młoda Tane jest gotowa zrobić wszystko, aby dostąpić zaszczytu i stać się smoczym jeźdźcem.
„Zakon Drzewa Pomarańczy” czerpie z wielu kultur
Samantha Shannon to młoda, zaledwie 28-letnia pisarka, która niewątpliwie jest bardzo sympatyczną osobą. Dane było mi ją spotkać jeszcze przed przeczytaniem powieści „Zakon Drzewa Pomarańczy” i muszę przyznać, że autorka uwielbia swój pomysł na tę historię oraz całe własne dzieło. Jak sama mówi, powieść to jej próba napisania autorskiej wersji legendy o świętym Jerzym zabijającym smoka, czerpiąca z wielu kultur – w tekście wyraźnie widać największe wpływy krajów azjatyckich oraz kultury europejsko-brytyjskiej.
Po lekturze odnoszę jednak wrażenie, że pełne pasji podejście do własnego dzieła to trochę za mało. Shannon zabrakło umiejętności, aby z tej powieści zrobić coś więcej niż kolejną poprawną pozycję na półce.
Nim jednak przejdę do wymieniania błędów czy nieścisłości, muszę powiedzieć jasno: to nie jest zła powieść. Książkę czyta się szybko i bez większego bólu. Przy tym, przez dość młodzieżowy klimat całości, naprawdę wierzę, że wielu osobom ta historia niezwykle się spodoba. Próg wejścia nie jest wysoki – szczególnie młode czytelniczki powinny się w niej odnaleźć. Powieść może być doskonałym pomostem pomiędzy romansami fantasy a nieco poważniejszymi treściami. Jeśli szukacie czegoś takiego, na pewno będziecie zadowoleni z lektury.

Dorosłe fantasy czy historia młodzieżowa?
Choć tekst ma wyraźny, młodzieżowy klimat, to nie wątpię, że autorka w trakcie pisania myślała o nim szerzej. To, podobnie jak „Marzyciel” Laini Taylor, najpierw literatura fantastyczna, a dopiero potem młodzieżowa. Docelowa grupa odbiorców ma w tym przypadku drugorzędne znaczenie, dlatego pozwalam sobie traktować tę pozycję właśnie w ten sposób. I niestety, w tym ujęciu młodzieżowość zaczyna tę powieść trochę gubić.
Shannon próbowała odwrócić niektóre ze znanych nam tropów i w typowo męskich rolach osadziła kobiety. Silne, wojownicze, pewne siebie… i zachowujące się jak nastolatki. O ile Tane jestem w stanie to wybaczyć (gdyż poznajemy ją w naprawdę młodym wieku), o tyle Ead absolutnie na taryfę ulgową nie zasługuje. Ta bohaterka to z założenia wyszkolona czarodziejka, która powinna być profesjonalistką.
Niestety, popełnia często głupie błędy i nie zachowuje się jak ktoś po wieloletnim szkoleniu. Narracja często mówi nam o postaci jedno, a jej zachowanie i sposób mówienia ukazuje coś zupełnie innego. Mam wrażenie, że w kulturze ogółem im bardziej „feministyczna” próbuje być książka, tym bardziej postacie kobiece bywają rozlazłe i irytujące. W tym przypadku aż tak źle nie jest, ale niedojrzałość bohaterów po prostu ciąży całej konstrukcji.
Świat przedstawiony, nieścisłości i przyspieszone tempo
Powieść wydaje się momentami niedokładna i niedopracowana – jakby autorka, ciesząc się własnym pomysłem, leciała czasem na łeb na szyję, nie zwracając uwagi na istotne elementy. Pojawiają się tu zarówno problemy konstrukcyjne świata (na przykład fakt, że piraci posiadają pistolety, podczas gdy na lądzie nikt o nich nie słyszał), jak i kwestie językowe. Autorka osadza fabułę w realiach przypominających nasz XVII wiek, a mimo to postaci używają kosmetyczek czy zwracają się przy królowej do własnych matek per „mamo”. Językowi brakuje oficjalności tamtych czasów, co wpływa na ogólny odbiór.
Na szczęście moja najgorsza obawa nie została spełniona. Obawiałam się sposobu, w jaki Shannon wyjaśni fakt zasiadania na tronie Inys wyłącznie przez królowe, jednak ten element wyszedł jej całkiem nieźle i w miarę trzyma się kupy.
Jeśli spojrzymy na samą fabułę, „Zakon Drzewa Pomarańczy” nie oferuje rewolucji. Mamy tu wielki świat i legendarne opowieści (które są zresztą najciekawszym elementem), a obok nich pojawia się wielkie zło oraz dążenie do finałowej bitwy. Schematy zostały odwrócone jedynie pozornie, tworząc historię na bazie dobrze znanych tropów.
Wiele klasycznych dzieł gatunku zaczyna od drobnych historii (jak Tolkien od „Hobbita” czy Sapkowski od opowiadań). Shannon natomiast śpieszy się, by natychmiast opowiedzieć najpotężniejszą z możliwych historii, zamiast powoli odkrywać świat. [SPOILER] Pokonanie największego zła już w tym tomie zamyka autorce szansę na stopniowe budowanie napięcia w kolejnych częściach [KONIEC SPOILERA].

Sprawdzi się w swojej grupie docelowej, ale…
Książka sprawia pewną radość i doskonale sprawdzi się dla swojej grupy docelowej. Odnoszę jednak wrażenie, że autorce zabrakło jeszcze warsztatu, by zrealizować wizję z pełnym rozmachem. Pozostaje mieć nadzieję, że wraz z wiekiem rozwinie swój kunszt i da nam w przyszłości coś naprawdę ponadczasowego.
– W ciemności jesteśmy nadzy […] Przeobrażamy się w swoją najprawdziwszą postać. To w nocy przychodzi do nas największy strach, bo wówczas nie możemy się przed nim bronić. – A on zrobi wszystko, by wsączyć się w nasze serce. Czasem mu się to udaje. Ale strach ma wielkie oczy, królowo. Sam tchórzy przed promieniami słońca.
Fragment powieści „Zakon Drzewa Pomarańczy” Samanthy Shannon

Tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy
Autor: Samantha Shannon
Tłumaczenie: Maciej Pawlak
Liczba stron: 1104
Gatunek: high fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2019