„Stop prawa” rozgrywa się trzysta lat po trylogii „Z mgły zrodzony”. To było moje czwarte spotkanie z twórczością Brandona Sandersona i liczyłam, że będę się naprawdę dobrze bawić. Jaki jednak był efekt? Sprawdź, co sądziłam o tej powieści w 2017 roku.

Więcej o „Ostatnim imperium”: „Z mgły zrodzony” | „Studnia wstąpienia” | „Bohater wieków”
Stolica bardziej niebezpieczna od dziczy
Minęło trzysta lat, odkąd Ostatni Imperator został obalony i od kiedy Zniszczenie zostało pokonane. Scadrial w końcu odżył i zaczął się rozwijać. Broń palna czy pociągi nikogo już tu nie zaskakują.
Wax jest stróżem prawa w ledwo cywilizowanej Dziczy. Katastrofa rodzinna sprawia, że musi jednak wrócić do miasta, Elendel, jako dziedzic olbrzymiego rodu. Nie mija jednak wiele czasu, gdy okazuje się, że stolica może być jeszcze bardziej niebezpiecznym miejscem od barbarzyńskich terenów.
„Stop prawa” to krótka książka
Trylogia „Z mgły zrodzonego” składała się ze sporych cegiełek; kolejna, będąca częścią serii „Ostatnie imperium”, to książki zdecydowanie krótsze, a przy tym, jak można się spodziewać, mniejsze i skromniejsze pod względem fabularnym. Jako że raczej lubię historie opowiadające o drobnych sprawach, a niekoniecznie te o ratowaniu świata, liczyłam, że będę dobrze się bawić. Niestety ostatecznie wyszło dość mizernie, a raczej – po prostu zwyczajnie.
To kryminał fantasy Brandona Sandersona
Pod względem fabularnym „Stop prawa” to po prostu kryminał. Gdyby wyjąć z historii wszystkie elementy fantastyczne, dostalibyśmy właśnie książkę tego gatunku. Zaleta? Prawdopodobnie, choć w tym wypadku możliwości kryminału nie zostały w pełni wykorzystane.
Zresztą ta książka generalnie nie wykorzystuje tego, co mogłaby zaoferować. O ile w poprzedniej trylogii to było coś, co mnie zauroczyło, tak tutaj miałam wrażenie, że świat jest bardzo… zwyczajny, płaski, mdły. Nawiązania do poprzedniej serii chwilami wręcz śmieszyły (no błagam, z jednego wydarzenia zrobiono kilkanaście głupich wierzeń…), a moce bazujące na metalach już tak nie zachwycają. Sanderson zdecydowanie w złą stronę popchnął swój świat.
Co stało się z systemem magicznym?
Pociągnę chwilę dłużej wątek mocy właśnie. W pierwszej trylogii niby cały czas obracaliśmy się między Mglistymi, ale tło świata było na tyle mocno rozbudowane, że nie mieliśmy wrażenia, że tylko oni są w tym świecie. W „Stopie prawa” niemal każdy ma jakąś supermoc, a najlepiej dwie, i każde połączenie umiejętności jest hiper, niezniszczalne, mocne, silne, epickie. Z narracji wynika, że wszyscy są niepokonani. To zabiera światu realizm i sprawia, że dobrze wymyślony motyw powszednieje… i jest nudny. Zdecydowanie wolałabym, gdyby główni bohaterowie byli zwykłymi szaraczkami albo nie byli w tak cudowny sposób opisywani przez Sandersona…
Brakuje powagi, ale czyta się szbyko
Brak powagi czai się nie tylko w opisach mocy. Cała historia opiera się na relacji Waxa, Wayne’a i Marsai, która polega na docinaniu sobie nawzajem. Niby miło, śmiesznie i radośnie, tyle że to widzieliśmy już tyle razy, że mnie powoli to po prostu irytuje. Boże, daj mi porządną, dojrzałą fantasy, a nie zabawy dzieci w piasku! Wax ma czterdzieści lat, a zachowuje się na dwadzieścia! Gdyby Sanderson nie podkreślał jego wieku, prędko zapomniałabym, że jest starszy od Marsai, która jest przecież studentką.
Wiem, że dla wielu czytelników taki zabieg jest zaletą, niemniej na mnie nie robi to pozytywnego wrażenia. Wolę bohaterów, którzy ironizują czy żartują rzadko, ale trafnie, a nie takich, którzy robią to bez wytchnienia. Niby coś podobnego wykorzystane było w relacji Kelsiera w „Z mgły zrodzonym”, ale wtedy to było po prostu lepiej poprowadzone.
Jak zawsze przy Sandersonie, książkę czyta się bardzo szybko. Jego język jest przyjemny, pozytywny, „jasny”. Tylko co z tego, skoro powieść ma tyle niedociągnięć? Nawet sama historia nie daje w pełni rady. Mamy jakieś porwania i całe to poszukiwanie winnego, które nieraz i nie dwa wydawało mi się bardzo naciągane. Podobnie jak Wax i jego problemy miłosne… Na dodatek mimo że autor chyba chciał wprowadzić do tej trylogii nieco steampunkowego klimatu, to nie jest on tak wyczuwalny, jakby się tego chciało.

W tej książce jest GAZETA!
Pochwalić muszę samo wydanie i coś, czego poprzednio w książkach nie było: GAZETĘ! Na stronach „Stopu prawa” znajdziecie grafiki wyglądające jak wyjęte z jakiegoś pisma. Wyglądają naprawdę ślicznie i tego odmówić im po prostu się nie da <3 Ach, niech mi to ktoś wydrukuje w dużym formacie, na gazetowym papierze, będę bardzo rada!
Będę kontynuować tę serię, ale skłamałabym, mówiąc, że jestem w pełni zadowolona z lektury. Niby czyta się to miło, niby nie jest tak źle, jak mogłoby być, ale ten świat ma potencjał na wiele, wiele więcej, a Sanderson przez „śmieszkowanie” sprawia, że całość wypada po prostu dość płytko. Cóż, liczę, że po prostu kolejne części będą lepsze.
– Wydawało się, że oboje macie jedną z tych chwil „mądrej rozmowy”. Wolałem nie przeszkadzać.
– To rozsądne, bo twoja głupota bywa zaraźliwa.
Fragment „Stopu prawa” Brandona Sandersona
Więcej amerykańskiego fantasy: „Złodziej Pioruna” | „Strażnicy błyskawicy” | „Bursztyn i popiół”

Tytuł: Stop prawa
Tytuł serii: Ostatnie Imperium
Numer tomu: 4
Autor: Brandon Sanderson
Liczba stron: 304
Gatunek: high fantasy
3 thoughts on “Stop prawa: Wax i Wayne w Elendel [recenzja] [archiwum]”